Tonący brzytwy się chwyta
Czy istnieje coś większego nad Życie? Dlaczego tonący brzytwy się chwyta?
Myśl nad wartością życia przewija się nieustannie w mediach, w dyskusjach, w głowach zwykłych ludzi. Ustawa aborcyjna. Antykoncepcja. Eutanazja. Ciągły tygiel, walka. A jeśli życie tak naprawdę nie znaczy nic, to po co walczyć?
Jak udowodnić, że człowiek to także maleństwo w łonie matki. Słyszałam, jak koleżanka mówiła, że to nie jest ktoś odrębny, "bo jeśli ja wstrzymam oddech, to on już nie oddycha." Ale czy naprawdę?
Naturą człowieka jest istota świadoma i racjonalna. I taka jest na każdym etapie życia, nawet kiedy na zewnątrz tego nie widać. Dziecko jest jak człowiek w potencji, potrzebujący zaktualizowania, aby to ujawnić. Dziecko poznaje, uczy się mówić. Jego racjonalność rozwija się. A starość? Ta może ukrywać aspekty świadomości /rozpad osobościowy w znaczeniu psychicznym/, ale nie unicestwia ich.
Człowiek zatem od poczęcia do śmierci, jak naucza bioetyka personalistyczna. Polecam "Osobę i czyn" Karola Wojtyły. Ale niekoniecznie. Wystarczy wszak zrozumieć. Pokochać Życie.
KW
Anty-antykoncepcja
Nie jest łatwo być dziś po tej stronie anty antykoncepcji (czasem jak samotna wyspa, nawet często), samemu sobie stawiając wiele pytań. Ale jest jakiś fenomen antykoncepcji bardzo nachalny, medialny, „nowoczesny”. Staje się ona bowiem ideologią, stylem życia, filozofią przesiloną niezależnością i wolnością (?) kobiet. Hmm.
Istnieje nawet coś takiego jak Światowy Dzień Antykoncepcji, bodaj 26 września! Po to, aby promować wiedzę o regulacji poczęć. (W wiadomym Internautom miejscu, można znaleźć wspaniałe spoty reklamujące akcję... Linków jednak nie podaję, co by im liczby wejść nie zwiększać, choć może warto zerknąć). Swoją drogą, ciekawe, czy wymyślą Światowy Dzień Aborcji? Znalazłam wspaniałe kwiatki (już nie co przestarzałe, ale że sztuczne, to nadal się trzymają) jeszcze a propo plastrów, które były/są… po prostu na topie.
„Cienki, beżowy elastyczny plasterek w kształcie kwadratu o wymiarach 45mm na 45 mm. Ten mały element na pozór niezwiązany z modą, stał się ostatnio jej prawdziwym hitem. Śmiało eksponowany nie tylko przez trzy znane kobiety, lecz chętnie noszony przez coraz więcej młodych dziewczyn. Z plasterkiem na ramieniu pokazują się kobiety w klubach, kawiarniach, dyskotekach. Antykoncepcja staje się trendy.”
Pewnie wiadomo o jakich „gwiazdach” mowa, ale przypomnę: Kaja Paschalska, Reni Jusis, Patrycja Markowska, Katarzyna Skrzynecka, Joanna Horodyńska. Chciałoby się powiedzieć, że faktycznie „do twarzy im”, ale jakoś w to wątpię. Czy to oby faktycznie twarzowe. I dalej:
„Ich pojawienie się z widocznym plasterkiem na ramieniu wywołało poruszenie i pokazało, że antykoncepcja nie musi być tematem tabu. Plaster antykoncepcyjny wybrały ze względu na bezpieczeństwo i wygodę, jakie zapewnia stosowanie plastra raz w tygodniu - zwalnia z codziennego pamiętania o antykoncepcji. Plaster stał się także częścią ich ubioru, elementem wizerunku i manifestem stylu życia.(…) Plastrem inspirują się projektanci…”
Mam w rękawie jeszcze całą talię złośliwości i złości, ale zakończę nurtującym mnie pytaniem całkiem nieproszącym o odpowiedź:
Jak to jest, że Bóg jeszcze podtrzymuje nasz świat ‘przy życiu’?
i drugim zachęcającym do odzewu (bo też się nad tym głowię) :
Jak daleko sięga "(nie)tolerancja"?
Chrześcijaństwo (katolicyzm) w wersji light?
„Powstała osobliwa sytuacja: Kościół jest nieustannie atakowany za coś, czym nie żyje już znaczna część jego członków.” (Gabriele Kuby, Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności)
Atak, o jakim pisze autorka „Rewolucji…”, to atak na „konserwatywną” katolicką naukę o czystości i szacunku dla życia, którą Paweł VI potwierdził w encyklice Humanae Vitae w latach rewolucji seksualnej (1968r!) wbrew oczekiwaniom wielu (w tym także ludzi Kościoła), a co wytłumaczył i rozwinął jego następna Jan Paweł II w tzw. teologii ciała.
Osobom z kręgów bardzo bliskich Kościołowi czasem wydaje się, że problem nie istnieje. „Problemu porno-normy nie ma” – jak napisał ktoś w komentarzu. A ja wchodzę na pierwsze lepsze forum i widzę, że problem jest. I co więcej, nikt nie widzi w tym problemu. Bo to jest norma. Nie jakiś tam grzech czy nieczystość. Te słowa nie istnieją. Nie ma co mnożyć bytów ponad miarę. Załóżmy, że w dyskusji tej bierze udział 40 osób. Statystycznie prawie 36 z nich to ochrzczeni katolicy (katolicy w Polsce to blisko 90% społeczeństwa). Przeglądam gazetę czy włączam telewizor i widzę, czym żyje młodzież i ich rodzice. Co nas karmi. Nie dziwię się, że problem (nie nazywany problemem) jest.
Momentem, który wiele osób zaangażowanych w Boże sprawy „uświadamia” o wadze nie-czystości, mogą być studia, czyli zmiana środowiska. Obracanie się w kręgu studentów pozwala poznać ich myślenie o moralności, o czystości, o mieszkaniu przed ślubem, a także zaobserwować ich styl życia. I tu bywa różnie: jedni nie wytrzymują presji, inni stanowią piękny znak dla studenckiego świata. Jedni jak kameleon, nawet nie zmieniając swoich poglądów, wpasowują się w środowisko, inni nawet za cenę wyśmiania i niezrozumienia (ale często też podziwu!) powiedzą, co sądzą i pokażą, jak żyją.
W badaniach przeprowadzonych przez bliską mi osobę na kursach przedmałżeńskich wyszło, że 65% narzeczonych (chcących wziąć ślub po katolicku w najbliższym czasie!) nie widzi żadnego problemu w stosowaniu antykoncepcji. Co więcej, to wcale nie oznacza, że 35% zamierza postawić na katolicką etykę seksualną. Wielu jest niezdecydowanych.
Myślę, że nie dostrzegamy wagi sprawy. Nie wiemy, jak ogromny wpływ na nasze relacje mają wybory w dziedzinie seksualności. I często – nie chcemy wiedzieć, trzymając się zasłyszanych stereotypów, modeli podanych przez media, jednocześnie uznając, że przecież z Kościoła wcale nie trzeba odchodzić, kiedy coś nam nie pasuje (tak jak i innym tuż obok nas). Bo przecież nie warto się trudzić, lepiej kombinować.
W swojej analizie Kuby pisze dalej: „Jednak ten wielki eksperyment nieposłuszeństwa wobec Urzędu Kościoła nie powiódł się. Chrześcijaństwo w wydaniu light nie funkcjonuje. Jedyną rzeczą, jaką powoduje, jest masowe odchodzenie ludzi od wiary i dramatyczny spadek liczby powołań do życia konsekrowanego. Seks przedmałżeński, seks pozamałżeński, wspólne życie bez ślubu, sztuczna antykoncepcja, homoseksualizm, pornografia na co dzień – wszystko dzisiaj całkiem normalne – przeszkadzają w osobistej, żywej relacji z Jezusem Chrystusem. Kto żyje w nieuporządkowanej seksualności, musi selektywnie traktować przesłanie Jezusa. Kto zaś selektywnie traktuje przesłanie Jezusa, nie może Go naśladować – zawsze jednak, do ostatniego tchnienia, może się nawrócić.”
Lubię rozmawiać z osobami zagubionymi w całym tym medialnym bałaganie, którzy potrafią zapytać: to jak to jest? Po co nam czystość przed ślubem? Po co nam w ogóle dziś czystość? Co jest złego w antykoncepcji? I o co chodzi w NPR? Ale tylko wtedy, gdy są otwarci na prawdę, gdy potrafią słuchać, a nie krzyczeć. Gdy są otwarci na prawdziwe dane z wiarygodnych badań i prawdziwe świadectwa ludzi, a nie na niepotwierdzone, rzucone gdziekolwiek informacje. Sama lubię odnajdywać nowe sposoby myślenia i nowe formy odpowiedzi na stare pytania.
I oby takich poszukujących przybywało tu jak najwięcej.
Płodne, bo godne

Artykuł jest polemiką z tekstem Michała Rogalskiego "Godne, bo płodne. Seks małżeński w doktrynie Kościoła katolickiego", który ukazał się w nr październikowym 2011 w Miesięczniku Znak.
Polemika ta ukazała się na stronie internetowej Miesięcznika Znak: Płodne, bo godne.
„Kościół nie da się nikomu prześcignąć w chwaleniu i zalecaniu korzystania z rozumu w działaniu, co człowieka jako rozumne stworzenie ściśle zespala z jego Stwórcą. Stwierdza jednakże, że winno się to dokonywać z poszanowaniem ustalonego przez Boga porządku.”
(Humanae Vitae 16)
„Czy obecne stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie antykoncepcji jest jedynym możliwym na gruncie katolickich założeń?” – pytał na wstępie swojego tekstu Michał Rogalski. Wbrew jego argumentacji i ostatecznie (czy właściwie już wstępnie) negatywnej odpowiedzi, odpowiadam: tak! Przyjmując „katolickie” założenia, nie można uznać antykoncepcji za sposób postępowania, który nie narusza godności osób. „Nie” dla antykoncepcji jest najpierw i przede wszystkim „tak” dla człowieka i życia ludzkiego.
W tekście „Godne, bo płodne”[1] dostrzegam dwa główne problemy, przed jakimi staje autor. Pierwszym z nich jest kwestia uzasadnienia stanowiska Kościoła w sprawie antykoncepcji, które zostaje posądzone o bezprawne. Drugą sprawą jest próba wykazania, że między antykoncepcją a Naturalnym Planowaniem Rodziny nie ma żadnej różnicy, co potęgowałoby „przemoc” Kościoła wobec wiernych oraz nielogiczność w nauczaniu. Te dwie sprawy postaram się naświetlić, gdyż w/w tekst nie oddaje w pełni stanowiska Kościoła, traktując je w sposób wybiórczy i momentami manipulatorski oraz nie odnosi się w ogóle do bioetyki personalistycznej.
Z-godne z całością, czyli spójne
W 1968 r. papież Paweł VI opowiedział się przeciwko antykoncepcji w swojej encyklice Humanae vitae. Nie była to spontaniczna decyzja, nie było to też rozwiązanie wywiedzione jedynie z teologicznego dyskursu, ale wynik badań prowadzonych przez komisje do tego powołane. Papież opowiedział się za mniejszością głosów, co jest dziś często podnoszone. Jego decyzja była konsekwencją zasady ciągłości i spójności nauczania Kościoła katolickiego. Zauważmy, że tytuł encykliki nie zaczyna się od słów: „przeciwko antykoncepcji” czy „za płodnością”, ale od „życia ludzkiego”. Podkreślone zostaje to, co nie może zostać zmienione, co jest centralnym punktem nauczania. To zupełnie inny punkt wyjścia, inaczej położony akcent. Znów – pierwotniejsza jest afirmacja, a nie negacja.
Minęło ponad 40 lat od wydania tej encykliki, poczyniono ogromne postępy w badaniach nad płodnością człowieka oraz w rozwoju nowych form antykoncepcji, a stanowisko Kościoła nie uległo zmianie, a wręcz przeciwnie - zostało potwierdzone i utrwalone w kolejnych dokumentach, takich jak Evangelium vitae. I nie wydaje się możliwe stworzenie takiej formy antykoncepcji, która byłaby przez Kościół akceptowana. Celowo to podkreślam, aby nie zgodzić się z określeniem „naturalna antykoncepcja” użytym przez Michała Rogalskiego. Coś takiego nie istnieje. Antykoncepcja ze swojej istoty jest działaniem sztucznym.
Sumienie
Naświetlenie problemu przez autora tekstu jest zabiegiem perswazyjnym. Czy tylko dziedzina seksualności jest na gruncie nauczania Kościoła katolickiego obwarowana regułami: prawami, obowiązkami i zakazami? Czyż w sferze religijnej, która tworzy przecież system wartości i ich strzeże, nie mamy całego szeregu takich zasad? Dlaczego więc ta zasada – „nie” dla antykoncepcji – jest tak bulwersująca? Nowoczesne podejście do wolności i autonomii człowieka wpływa na ten stanowczy sprzeciw. Tak stanowczy, że człowiek za wszelką cenę pragnie postawić się w miejscu Boga, być poza dobrem i złem. „Wolność, kierująca się wyłącznie subiektywną i zmienną opinią, egoistycznym interesem czy kaprysem, nie przyjmuje już prawdy o dobru i złu, jako jedynego i niepodważalnego punktu odniesienia dla swoich decyzji.”[2]Czy jednak Kościół rzeczywiście jest tak nieufny wobec sumień małżonków?
Zarzut źle ukształtowanego sumienia, który autor uważa za tak bardzo surowy, nie jest przecież stosowany jedynie w tym przypadku. Czy człowiek, który oszukuje albo kradnie i nie czuje przy tym żadnej winy, nie ma także źle ukształtowanego sumienia? Czy doktryna rzeczywiście ma regulować indywidualne sumienie i przedstawiać mu pewne wytyczne? Myślę, że tak. Sfera seksualna nie jest tu wyjątkiem. Przytoczony przez Michała Rogalskiego cytat o wolności sumienia został wyrwany z kontekstu. W podanym fragmencie z KKK zawiera się cytat z Dignitatis humanae z Deklaracji o wolności religijnej: „Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej.” Zdanie to jednak dotyczy przede wszystkim kwestii wolności wyznawania religii, a nie do-wolności w postępowaniu. Oczywiście, każdy człowiek może (i powinien) działać zgodnie ze swoim sumieniem, jednak nie oznacza to, że granice jego sumienia wyznaczają normy moralne. O wiele lepszy wydaje się kolejny artykuł o kształtowaniu sumienia. „Sumienie powinno być uformowane, a sąd moralny oświecony. Sumienie dobrze uformowane jest prawe i prawdziwe. Formułuje ono swoje sądy, kierując się rozumem, zgodnie z prawdziwym dobrem chcianym przez mądrość Stwórcy.
Wychowanie sumienia jest nieodzowne w życiu każdego człowieka, który jest poddawany negatywnym wpływom, a przez grzech – kuszony do wybrania raczej własnego zdania i odrzucenia nauczania pewnego.” (KKK 1783) Nie chodzi więc o dobro, które „wydaje się dobre”, które pasuje nam. Człowiek żyjący we wspólnocie Kościoła powinien starać się działać zgodnie z obowiązującymi w niej normami moralnymi, w nich się doskonaląc. I z owego działania powinno rozliczać go własne sumienie. A że przestrzeganie ich nie zawsze jest łatwe, nikt tego nie kryje. Stąd też istnieje w Kościele sakrament pokuty oraz nawoływanie do ciągłego doskonalenia się. Dlatego powoływanie się na ostracyzm ze strony Kościoła, który to rzekomo piętnuje małżonków popełniających grzech antykoncepcji, uważam za przesadzone.
Sięgnąć do źródeł
„Nie uważam, aby przesłanki, na których zbudowana jest katolicka etyka seksualna były niepodważalne” – pisze Michał Rogalski. Mówimy tu o systemie religijnym, więc bazowe przesłanki mają także swoje teologiczne uzasadnienie. Badając spójność systemu, nie możemy pomijać takich aksjomatów. Podstawą jest tu dla nas antropologia chrześcijańska, mówiąca o człowieku jako koronie stworzenia - imago dei, obdarzonym rozumem i wolną wolą, stworzonym do miłości i zdolnym do tworzenia relacji. Naturalne prawo moralne, które – zgodnie z myślą św. Tomasza z Akwinu – jest tym, dzięki czemu człowiek działa i tym, z czego wypływa obowiązek, stanowi zasadę osobowego bycia człowieka,[3] zyskuje swoje szczególne miejsce wtedy, gdy pojawia się druga osoba. To, kim człowiek jest i co powinien czynić, ma szczególne znaczenie w odniesieniu do innego – zwłaszcza w kontekście miłości, która nie jest rozumiana jako jedynie subiektywne odczuwanie. Na gruncie antropologii teologicznej musimy pamiętać także o tym, że życie ludzkie jest darem i zadaniem dla człowieka, jest najwyższą wartością, jest święte i nienaruszalne. A Panem życia jest Bóg.
Czy etyka seksualna jest ufundowana na Ewangelii? Owszem, skoro jest spójnym systemem, musi wypływać ze swoich źródeł i być z nimi zgodna. Ale z tego nie wynika, że w Ewangelii stworzonej dwa tysiące lat temu znajdziemy wprost odpowiedź na wszystkie pytania. Spójność nauki Kościoła polega na tym, że rozwiązania współczesnych problemów muszą być koherentne z całą Tradycją, muszą z niej wynikać. Na pytania z omawianej tu sfery seksualnej i etycznej odpowiada dziś bioetyka personalistyczna, która ma zarówno podstawy filozoficzne, jak i medyczne. Dlatego też, rozpatrując stosunek Kościoła do antykoncepcji, nie zatrzymujemy się jedynie na uzasadnieniach teologicznych, ale czerpiemy także z osiągnięć nauki, z wiedzy biomedycznej.
Godne, bo…
Tytuł artykułu – „Godne, bo płodne” brzmi dość kontrowersyjnie. Współcześnie dla wielu osób płodność jest raczej problemem, z którym trzeba „walczyć”. Niestety coraz częściej jest także sprawą, o którą trzeba walczyć, gdy pojawiają się trudności. (A szacuje się, że problem obniżonej płodności dotyczy już 20% par.) Pozycja płodności jest więc coraz bardziej ambiwalentna, raz jest ona traktowana jako przekleństwo, raz jako dar. I niestety często obie te postawy występują w życiu tej samej pary małżeńskiej, która najpierw unika poczęcia wszystkimi możliwymi sposobami, a później, pragnąc potomstwa, ma problemy z poczęciem dziecka.
Uważam, że akcent, jaki kładzie autor na uzasadnienie godziwości współżycia małżeńskiego (podawany jako konsekwencje wyciągnięte z nauczania Kościoła) jest nietrafny albo źle uzasadniony. Płodność nie jest usprawiedliwieniem dla godziwości współżycia – jak chce nas przekonać Michał Rogalski. Nie jest też usprawiedliwieniem-wymówką, pewnym tylko hasłem dla osób stosujących NPR. Należy ją raczej uznać za jeden z nieodłącznych aspektów małżeńskiej seksualności, a przecież aspektów i wytycznych jest więcej. Tytuł artykułu Rogalskiego uderza w to, co dla oponentów Kościoła najbardziej zapalne.A dlaczego by nie podkreślić roli, jaką nauczanie Kościoła przypisuje miłości, formułując tytuł np. Godne, bo z miłości? Przecież tak właśnie brzmi pierwsze, najważniejsze przykazanie, które w kontekście etyki małżeńskiej odgrywa ogromną, kluczową wręcz rolę.
W seksualności małżeńskiej należy wyróżnić dwa porządki: wyraz miłości małżonków oraz aspekt płodności. Natomiast sama miłość małżeńska- jak wylicza Humanae Vitae[4]- jest ludzka, a zatem równocześnie cielesna i duchowa, oparta na darze z siebie, jest wierna i wyłączna oraz płodna. Nie chodzi więc o subiektywne odczucie tego, czym jest miłość i jak bardzo kocham drugą osobę, bowiem ta miłość rządzi się obiektywnymi zasadami. Jest zatem: wymagająca, pragnąca dobra drugiego bardziej niż swojego, rozumna i wolna, doskonaląca dwoje ludzi. Jest też otwarta na nowe życie. Chce dzielić się z innymi tym, co najpiękniejsze.
Warunki prawidłowej postawy małżonków wobec prokreacji określa odpowiedzialne rodzicielstwo. Pierwszy jego element to poznanie oraz poszanowanie biologicznych procesów związanych z płodnością człowieka. Już w tym punkcie dostrzegamy, że żadna forma antykoncepcji nie spełnia tego warunku. Po pierwsze – z powodu częstej ignorancji wobec wiedzy o płodności, a po drugie – z powodu zanegowania czy odrzucenia tego właśnie elementu natury człowieka. Jest to nie tylko wykluczenie odpowiedzialnego rodzicielstwa, ale także niespełnienie ważnego wymagania miłości, jakim jest akceptacja i przyjęcie drugiego w pełni jako dar. „O akceptacji drugiego człowieka jako istoty płciowej możemy mówić tylko wtedy, gdy obejmuje ona akceptację tegoż człowieka jako możliwego ojca czy możliwą matkę.”[5]
Drugi element odpowiedzialnego rodzicielstwa to umiejętność opanowania namiętności przez rozum i wolę. Stosowanie się do naturalnego rytmu płodności wymaga od małżonków ofiarności, opanowania czy wręcz ascezy. Nie jest to jednak powstrzymywanie się z lęku, ale z miłości. (Tu właśnie ma swoje pełne zastosowanie zasada personalistyczna.) Z miłości do drugiej osoby – szanując jej naturalną płodność i mogące wyniknąć z aktu małżeńskiego konsekwencje oraz z miłości do życia, które może się począć. Michał Rogalski na wstępie zaznacza, że intuicyjnie rozumiemy, dlaczego niegodziwy jest akt małżeński, w którym dokonywana jest przemoc, jednak zapomina, że w akcie małżeńskim mamy potencjalnie do czynienia z więcej niż tylko dwojgiem osób. W myśli małżonków powinien znajdować się mogący począć się człowiek. Przemoc może kierować się także wobec dziecka, zwłaszcza gdy zostanie poczęte bez świadomości rodziców.
Kolejnym elementem jest roztropność i wielkoduszność. Kościół nie głosi idei, w myśl której każde małżeństwo powinno mieć określoną liczbę dzieci. Pozostawia to sumieniu małżonków ze względu na ich warunki ekonomiczne, psychiczne, zdrowotne. Jednak to, że poczęcie dziecka zostaje odsunięte w czasie, nie oznacza jeszcze stosowania antykoncepcji. Godziwy cel odłożenia poczęcia nie usprawiedliwia jednak sięgania po środki niegodziwe.
I wreszcie czwartym elementem, o którym już pisałam, jest prawe sumienie, a więc nie sumienie jako przynależna każdemu człowiekowi władza, nie wolne sumienie jako prawo, ale prawe, dobrze ukształtowane sumienie, które nie działa dowolnie, ale zgodnie z prawem bożym.
Antykoncepcja vs NPR
Kościół nie głosi idei maksymalnej płodności, rozumiejąc złożone czynniki, jakie wpływają na małżonków podejmujących się rodzicielstwa. Nie ma więc nic złego w odłożeniu poczęcia. Zastanówmy się teraz, jakie mamy ku temu narzędzia. Pierwszym z nich jest, mówiąc najogólniej, antykoncepcja, drugim – metody rozpoznawania płodności. Antykoncepcja sama w sobie jest już narzędziem, które z punktu widzenia etyki katolickiej oceniamy jako moralnie złe, gdyż jej działanie skierowane jest jedynie na wykluczenie płodności. Neguje także konieczność opanowania popędu przez rozum i wolę. Jej celem jest „zabezpieczenie się przed dzieckiem”, więc jest czynnym działaniem przeciwko poczęciu. Metody rozpoznawania płodności są działaniem neutralnym, ponieważ służą jedynie odróżnianiu dni płodnych i niepłodnych, dają więc wiedzę, którą można wykorzystać w sposób dobry lub zły. Dlatego może się zdarzyć, że małżonkowie stosujący się do naturalnego rytmu płodności będą mieć źle ukształtowane sumienie i ich działanie nie będzie zgodne z odpowiedzialnym rodzicielstwem, gdyż np. będą unikać poczęcia z powodów, które nie są słuszne.
Wbrew temu, co próbuje przekazać Michał Rogalski, istnieje istotna różnica między tymi sposobami. Zgadzam się, ze dla wielu umysłów może być ona niewidoczna, bo sprowadzą ją, spłaszczając jej znaczenie, do „odłożenia poczęcia”, natomiast w tym, czym te sposoby się różnią, jest istota sprawy.
Pierwszą różnicą jest podejście do płodności. Antykoncepcja zaprzecza płodności, gardzi tym darem, chce się go pozbyć. Rozpoznawanie płodności jest natomiast jej afirmacją, zaakceptowaniem, poznaniem. Przekreślenie płodności zawsze wiąże się z zaprzeczeniem wartości kobiecości. Kobieta jest nierozłącznie związana ze swoją biologią. Przemiany, jakie zachodzą w jej organizmie nie tylko przygotowują ją na potencjalne przyjęcie dziecka, ale także wpływają na jej zachowanie i odczuwanie, na to, kim jest. Przyjęcie kobiety bez zaakceptowania jej biologii jest kłamstwem. Jeśli kochamy drugą osobę, nie możemy nie akceptować jej w pełni – taką, jaka ona jest, a więc płodną. Miłość przestaje być całkowita, gdy wydzielamy część osoby, która nie będzie dla nas darem.
Druga kwestia jest zawartą już w definicji. Antykoncepcja jest działaniem przeciwko poczęciu, więc na poziomie pojęciowym ma jedynie negatywny wymiar. Tymczasem metody rozpoznawania płodności owszem mogą być narzędziem pomocnym do odłożenia poczęcia, jednak ich rola jest znacznie szersza! Pozwalają diagnozować problemy zdrowotne kobiet a także pomagają małżonkom w profilaktyce niepłodności. Ten aspekt w tekście Michała Rogalskiego został całkowicie pominięty, stąd czytelnik rzeczywiście może mieć problem z rozróżnieniem tych sposobów.
Po trzecie, co zostało całkowicie przemilczane, antykoncepcja sprzeciwia się normie personalistycznej, bo zakłada że, drugiego człowieka można postrzegać przez pryzmat przyjemności, a nie miłości i oddania. Tak! W sztucznej antykoncepcji nie ma konieczności wstrzemięźliwości, rozum nie podpowiada, że z aktu małżeńskiego może się począć dziecko. On raczej mówi: „możemy robić, co chcemy, bo konsekwencji (czyli dziecka) nie będzie”. Małżonkowie stosujący NPR uczą się natomiast rezygnacji z siebie, powściągania pożądań ze względu na wyższe dobro, jakim jest wartość życia. Ktoś mógłby powiedzieć, że powstrzymując się od współżycia, przekreślają oni ważny wymiar małżeńskiej intymności, mianowicie wyrażanie jedności i miłości małżeńskiej. Jednakże wyrażanie miłości jest sztuką bardzo szeroką, zatem nie stanowi problemu znalezienie innej formy wyrazu w danym momencie.
Michał Rogalski pisze: „Jeśli utożsami się »wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia« z choćby minimalną biologiczną możliwością poczęcia, nie sposób odróżnić od siebie metod naturalnych i sztucznej antykoncepcji.” No właśnie: „jeśli”…, ale nie ma takiego utożsamienia. Metody Rozpoznawania Płodności są skuteczne w wyznaczaniu faz płodnych i niepłodnych. To, co zrobią z tą wiedzą małżonkowie, zależy tylko od nich. Z pełną świadomością i odpowiedzialnością mogą współżyć w fazie płodnej i niepłodnej, doskonale rozumiejąc, czy dany akt może zaowocować nowym życiem. Myśl o dziecku musi pojawić się za każdym razem, gdy małżonkowie podejmują decyzję o współżyciu lub o wstrzemięźliwości. Nic zewnętrznego nie „ochrania” ich przed konsekwencjami, nie są zwolnieni z myślenia i odpowiedzialności, ale owa możliwość bycia rodzicem, która może zrealizować się przecież w każdym cyklu kobiecym, jest wpisana w ich małżeństwo. Zatem nie minimalna możliwość poczęcia jest tu jakimś wyznacznikiem, ale całościowa postawa małżonków. Podkreślam: Kościół nie martwi się tym, że NPR jest „skuteczny”, a wręcz apeluje do ludzi nauki, aby pogłębiali badania nad biologią człowieka i doskonalili to narzędzie.[6] Absurdem byłoby twierdzenie, że im większa nasza wiedza, tym większa nasza grzeszność. W przypadku, gdy zdrowie czy życie kobiety byłoby zagrożone w ciąży – czy rozsądne byłoby pozostawianie im „minimum możliwości”?
Małżonkowie, nie ingerując w rytm swojej płodności, mądrze korzystają z czasu, jaki został im dany. Całkiem przeciwnie zachowują się małżonkowie, którzy stosują antykoncepcję – ingerują w rytm płodności, a ich kilkukrotne pomyślenie o dzieciach i otworzenie się na nie w ciągu całego życia nie zmienia ich całościowej postawy, jaką jest po prostu działanie przeciw poczęciu. Michał Rogalski pisze także: „Małżonkowie muszą akceptować możliwość, że będą kiedyś rodzicami, i fakt, że prawo natury nakazuje im podjęcie rodzicielstwa.” To za mało. Czy jednorazowe otwarcie na życie może usprawiedliwić wcześniejszą i późniejszą postawę zamknięcia, odrzucenia? Nie. Dobitnie podkreśla to Paweł VI: „Nie można też dla usprawiedliwienia stosunków małżeńskich z rozmysłem pozbawionych płodności odwoływać się do następujących, rzekomo przekonywających racji (…) że takie stosunki płciowe tworzą pewną całość ze stosunkami płodnymi, które je poprzedziły lub po nich nastąpią, tak, że przejmują od nich tę samą wartość moralną. (…) Błądziłby zatem całkowicie ten, kto by mniemał, że płodne stosunki płciowe całego życia małżeńskiego mogą usprawiedliwić stosunek małżeński z rozmysłu obezpłodniony i dlatego z istoty swej moralnie zły.”[7]
Przeciw życiu
Michał Rogalski, powołując się na fragment Księgi Rodzaju o „czynieniu sobie ziemi poddanej”, pyta: „czy ulepszanie natury człowieka jest czymś złym?” W ujęciu chrześcijańskim, opartym na myśli Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, natura ludzka ma jednak charakter nie tylko opisowy, ale również normatywny. Z tego, jacy jesteśmy, wynikają konkretne zobowiązania. Przywołanie w tym kontekście cytatu z Księgi Rodzaju jest ponadto pewnym nadużyciem. Jeśli potraktujemy ludzkie ciało, a więc jego biologiczność i płodność, jako element tego, co mamy „czynić sobie poddane”, to do kogo właściwie zwrócone są słowa Boga? W wizji chrześcijańskiej człowiek nie jest przecież czystą inteligencją czy duszą uwięzioną w ciele, które miałoby być czymś wobec niej wrogim, ale jest jednością. Właśnie do pierwszych ludzi jako istot psychofizycznych zwracał się Bóg. Traktowanie biologiczności oraz psychiczności człowieka jako „ziemi”, a więc czegoś, co można dowolnie przemieniać i czym można manipulować, jak sugeruje Autor, zakłada z gruntu niechrześcijańską wizję człowieka.
W kontekście stworzenia człowieka słowa o czynieniu sobie ziemi poddanej podkreślają coś bardzo ważnego: człowiek dostał w użytkowanie i zarządzanie ziemię jako zadanie ze względu na swoją rozumność oraz wysoką pozycję w świecie. Ale czy wszystko, co wymyśli ludzki rozum, jest dobre? Czy każde zmienianie świata jest moralnie bez zarzutu? Oczywiście, nie. Czy człowiek może ulepszać swoje ciało? Rozwój wiedzy medycznej sprawił, że możemy dziś poradzić sobie z bardzo wieloma chorobami. Jeśli jakiś narząd nie funkcjonuje, możemy pomóc człowiekowi poprzez przeszczep. Jeśli jakaś część ciała niedomaga lub w całkiem drastycznym przypadku, np. gdy człowiek traci rękę – możemy przeszczepić ją, aby pomóc tej osobie żyć i normalnie funkcjonować. Jak jest jednak z płodnością? W dzisiejszym świecie (świecie wielkich osiągnięć!) bywa rozumiana jako coś, czego można się pozbyć przez połknięcie tabletki. Otóż płodność człowieka jest jedną z funkcji organizmu. W przypadku kobiety jest to sprzężony układ hormonalny: podwzgórze-przysadka-jajniki, w którym dochodzi do cyklicznych przemian. Płodność jest funkcją zdrowego organizmu, podobnie jak oddychanie czy trawienie. Dlaczego w zdrowym organizmie mamy wyłączać jeden z układów? Podkreślam: układ, który nie jest odizolowanym elementem, ale wpływającym na cały organizm. Jeśli więc chcemy wyłączyć funkcję rozrodczą u człowieka, musimy wykazać, że takie postępowanie jest słuszne. Jakie jednak racje wtedy się pojawiają? Ograniczenie potomstwa? Zwiększenie liczby zbliżeń w małżeństwie? Pielęgnacja miłości? W takim przypadku musimy wykazać, że taka zmiana jest nie tyle nawet neutralna, co dobra i konieczna. Nie widzę jednak takiej możliwości, tym bardziej gdy powyższe cele możemy realizować w inny sposób.
W swoim tekście Michał Rogalski nie porusza kwestii, w jaki sposób działa hormonalna tabletka antykoncepcyjna, która promowana jest dziś jako najskuteczniejszy i najnowocześniejszy środek regulacji poczęć. Oprócz wyłączenia zdrowej funkcji organizmu, co rzutuje na zdrowie całej osoby, tabletka antykoncepcyjna ma swoje działanie wymierzone przeciw nowopoczętemu życiu. Nowoczesne tabletki, w których dawka hormonów została zmniejszona, nie zawsze hamują owulację, a więc może dojść do poczęcia. Skąd więc tak duża „skuteczność”? Nawet jeśli dojdzie do zapłodnienia ze względu na wyjałowienie ścian macicy oraz zmianę ruchliwości jajowodów, poczęte dziecko nie może zagnieździć się w organizmie matki. Medycznie nie nazwiemy tego faktu poronieniem (ponieważ może do niego dojść dopiero po zagnieżdżeniu), jednak jest to działanie antynidacyjne.[8] Kobieta nawet nie poczuje, że dziecko, któremu tydzień później zabiłoby serce, które było już określonej płci i miało swój niepowtarzalny genotyp, straciło swoją szansę. Przyjmując zgodnie z bioetyką personalistyczną zasadę świętości życia (a więc jego nienaruszalności) oraz fakt, że życie osoby rozpoczyna się w chwili poczęcia, musimy określić to działanie jako moralnie niedopuszczalne. Także takie metody jak wkładka wewnątrzmaciczna, która niszczy zarodek czy też środki „po stosunku” idąc tym tropem, trzeba natychmiast ocenić negatywnie. Zatem rozpatrywanie możliwości przyjęcia antykoncepcji musiałoby dotyczyć albo prezerwatyw (i innych środków mechanicznych), albo jakiejś tabletki przyszłości, w której powstanie jednak wątpię.
Płodność w końcu – jest darem dla człowieka i nie jest tym samym, co reprodukcja w świecie zwierząt. To z miłości dwóch osób powstaje nowa, obdarzona nieśmiertelną duszą. Dlatego małżonkowie biorą udział w akcie stwórczym, współpracując w ten sposób z Bogiem. Odrzucenie tego daru poprzez proste „wyłączenie” funkcji organizmu kobiecego albo zaburzenie naturalnego przebiegu aktu jest pogardzeniem nim i niezmierzeniem się z zadaniem. Jest pójściem na łatwiznę, kierowanym być może lękiem, być może lenistwem. To, że poczęcie nowego człowieka wiąże się tak ściśle z intymnością małżonków, z ich wyrażaniem największego oddania i zaufania, a także z doznawaniem przyjemności, jest wielkim przywilejem a także tajemnicą. Poszanowanie prawa, w jaki sposób zaczyna żyć inny człowiek ukryty w łonie matki, powinno być naturalnym następstwem jego poznania oraz zadziwieniem się i zachwyceniem tą logiką. Także naturalną konsekwencją wydaje się pragnienie małżonków, aby włączyć się w akt stwórczy i stać się rodzicami wedle tego planu.
Grzeszna przyjemność?
W tekście Godne, bo płodne podważone czy wręcz ośmieszone zostaje uznawanie za egoistyczne współżycia przy stosowaniu sztucznej antykoncepcji (co jest jedną z konsekwencji uznania normy personalistycznej). Przyjemność, która zostaje okupiona zafałszowaniem całkowitego daru z siebie, a być może nawet życiem dziecka, które zginie w łonie nieświadomej tego matki, to zbyt wysoka cena. Dlatego wstrzemięźliwość jest wyrazem tego, że miłość stoi ponad pragnieniem zjednoczenia seksualnego. Sam w sobie dobry akt małżeński nie może być nadal taki, gdy niszczone są te prawa. Altruistyczne przedkładanie czyjejś przyjemności nad własną (jak postuluje Michał Rogalski)? Jasne, że to jest możliwe i jak najbardziej ma miejsce wielokrotnie, nie potrzeba mnożyć tu przykładów! Ale zauważmy, że akt małżeński jest aktem obopólnej przyjemności, więc kto jest tutaj osobą bardziej ofiarną? Kto jest tu altruistą? Zamiast pytać o bezinteresowne i pełne miłości sprawianie komuś przyjemności, zapytajmy o to, co w świecie współczesnym zostaje wyśmiane, a w paradygmacie katolickim jest bardzo ważne, czyli o wyrzeczenie się czegoś dobrego/przyjemnego ze względu na dobro osoby ukochanej- to jest właśnie sedno szukania dobra drugiego. Jest to sztuka o wiele większa! Przyjemność nie jest grzeszna, grzeszne może być tylko stawianie jej ponad wartościami życia czy zasadami miłości. Niestety w świecie współczesnym wizja człowieka opanowanego, który nie musi natychmiast spełniać swoich pragnień, który może powstrzymać się nie tylko bez straty, ale z zyskiem dla kształtowania własnego charakteru, ta wizja jest dewaluowana. Być może rację ma Wojtyła, pisząc o resentymencie czystości, jaki pojawił się w naszych czasach. Skoro czystość/wstrzemięźliwość jest czymś wymagającym, należy tę wartość ośmieszyć i umniejszyć.[9] Ale jeśli człowiek nie potrafi wymagać od siebie w tej intymnej sferze, jak będzie mógł być sumiennym i uczciwym pracownikiem/pracodawcą, dobrym ojcem/matką, itd.? Rozumność i wolność pozwalają człowiekowi na opanowanie, co wyróżnia osobę ludzką z wszystkich istot żywych.
Wstrzemięźliwość, jaką trenują małżonkowie, rozwija ich miłość. W życiu każdego małżeństwa przychodzą momenty, kiedy trzeba zaczekać ze współżyciem. Może być to długa rozłąka, zagrożona ciąża (co współcześnie zdarza się coraz częściej) czy standardowo: okres połogu trwający co najmniej trzy tygodnie. Dla par, które nigdy nie miały próby wstrzemięźliwości (ani przed ślubem, ani po nim), ten okres może być trudny. Wtedy nie pojawia się już pytanie o godziwość antykoncepcji, ale pytanie np. o wierność małżeńską.
Istnieją jeszcze dwa ważne argumenty przeciwko antykoncepcji. Po pierwsze, co przewidział Paweł VI, antykoncepcja otworzyła drzwi dla niewierności, zdrad i zmian partnerów, ponieważ daje złudne poczucie braku zobowiązań, braku konsekwencji wynikających z faktu współżycia. Akt seksualny został sztucznie oddzielony od płodności. Druga kwestia jest taka, że wbrew temu, co wielu sądziło, antykoncepcja prowadzi do aborcji.[10] Choć wydawało się, że „ochrona” przed ciążą zapobiegnie aborcjom lub ich częstotliwość bardzo obniży, ich liczba wzrasta z rozprzestrzenianiem się antykoncepcji. Metody te nie są bowiem niezawodne, a ich stosowanie i idąca za tym postawa „przeciw życiu”, sprawia, że łatwiej jest uznać pojawienie się dziecka jako intruza, który nie miał się pojawić, a skoro zostały powzięte już pewne środki, można posunąć się jeszcze dalej. Owocem takiego myślenia są chociażby popularne „tabletki po”.
Zakończenie
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi się zgadzać z nauczaniem Kościoła katolickiego. Ten tekst nie miał ambicji pobudzać do zmiany sposobu myślenia, miał jednak wskazać, że – wbrew zarzutom Michała Rogalskiego – nauczanie Kościoła w kwestii antykoncepcji jest spójne i opiera się na jasnych zasadach antropologicznych.
Uzasadnienie „tak jest, bo tak jest” poniekąd odzwierciedla prawdę: Tak jest, bo tak wypływa to z naszych przekonań wcześniejszych i najważniejszych dla nas prawd. Sprzeciw Kościoła wobec antykoncepcji jest stanowiskiem dogmatycznym w takim sensie, że ma ścisły związek z zasadami określającymi tożsamość Kościoła – tymi zasadami są: odniesienie do Stwórcy i Dawcy życia, prawo naturalne i ufundowana na nich norma personalistyczna. Nauczanie dotyczące antykoncepcji nie jest zatem osadzone w pustce i nie może ulec zmianie bez naruszenia zasad, na których jest ugruntowane.
Katarzyna Marcinkowska – studentka MISH UJ (filozofia), nauczyciel Naturalnych Metod Rozpoznawania Płodności wg metody Rötzera, redaktor naczelny portalu Za-kochanie.pl
____________
[1] M. Rogalski, Godne, bo płodne. Seks małżeński w doktrynie Kościoła katolickiego, w: „Znak”, nr 667.
[2] H. Hoser, Deus Caritas Est, Evangelium Vitae i Humanae Vitae: przełożenie na praktykę medyczną, w: „Życie i płodność” 2008, nr 1, s. 23.
[3] S. Grygiel, Prawo naturalne a istota osoby ludzkiej, w: Życie i płodność, nr 1/2008, s. 10.
[4] Paweł VI, Humanae Vitae, nr 9.
[5] Meissner, Płciowość człowieka a antykoncepcja, w: Specjalistyczne aspekty problemu antykoncepcji. Sesja naukowa lekarzy i teologów, 7-8 lutego 1976 r., Kraków 1980, s. 38.
[6] Por. Humanae Vitae, nr 24.
[7] Humanae Vitae, nr 14.
[8] J. Guillabaud, Antykoncepcja. Pytania i odpowiedzi, Medycyna Praktyczna, Kraków 2005, s. 327.
[9] K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, KUL, Lublin 2001, s. 129-130.
[10] Por. W. Półtawska, Wpływ postawy antykoncepcyjnej na małżeństwo, w: Specjalistyczne…, s. 130-131.
Po co kobietom wiedza...
Po co kobietom wiedza...
…o nich samych?!
„This is pro religion and anti science. A back ward step for man kind. Go back to the middles ages and live there. In our modern world women do not need this kind of information.” [To jest religijne i nienaukowe. Krok wsteczny dla ludzkości. Wracajcie do średniowiecza i żyjcie tam. We współczesnym świecie kobiety nie potrzebują takich informacji.]
/Tak w nawiasie i na marginesie - choć tu marginesów nie ma - ostatnie zdanie skojarzyło mi się z piosenką "Na co komu dziś wczorajsza miłość..." Piosenka jest tak mało wartościowa, że nieskromnie owe skojarzenie uznaję za trafne!:-) /
Zgadniecie może, pod czym pojawił się taki komentarz?... Pod filmikiem, który prezentuje działanie tabletki antykoncepcyjnej. Niby tytuł wskazuje, że będzie o działaniu poronnym tabletki (i tu, mówiąc językiem naukowym, trzeba powiedzieć, że działanie to jest anty zagnieżdżeniowe, a nie poronne, choć dla tych, którzy uznają istnienie człowieka od poczęcia, nie ma to żadnej różnicy), jednak film w bardzo prosty sposób pokazuje działanie sztucznych hormonów i to, że przez ich zawodność może dojść do poczęcia dziecka, które jednak nie będzie mieć odpowiednich warunków do zagnieżdżenia się w macicy matki. Ale skupiam się tu przede wszystkim na komentarzu, nie na filmiku. To nie był odosobniony wpis, a właściwie ten jeden z "głównego nurtu".
Czy kobiety współczesne rzeczywiście nie potrzebują wiedzy po pierwsze: o tym, jaka jest ich płodność, jak zostały stworzone do tego, by być matkami? Kiedy są płodne i co na to wskazuje, a kiedy nie są płodne (wciąż spotykam dorosłe osoby, które uważają, że w ciążę można zajść cały, cały czas! W każdym dniu cyklu. Czy nie jest to sukces np. dla producentów prezerwatywy i tabletek "po"?) A te współczesne panie, z akcentem na działaczki ruchów ekologicznych, zagorzałe fanki zdrowego stylu życia - czy one naprawdę też uważają to za średniowiecze?
Po drugie: czy kobiety nie powinny (bo potrzebują) mieć wiedzy na temat działania tabletek antykoncepcyjnych? Jedna wspaniała dziewczyna opowiedziała mi kiedyś o swojej pierwszej wizycie u ginekologa w celu uzyskania recepty na tabletki. Zebrała wcześniej informacje o tym, co lekarz powinien zbadać i sprawdzić przed wybraniem odpowiednich "antyków", ale pani doktor od razu "wiedziała", co przepisać. Na pytanie pacjentki: jak te hormony działają, opowiedziała tylko o skutkach ubocznych, a więc o powiększonych piersiach i pięknej cerze. A gdy dziewczyna spytała o to, jak one działają na jej organizm, ginekolog odparła, że nie będzie opowiadać, bo ona tego i tak nie zrozumie. Osoba ta sama dotarła do tego, jak działają tabletki i jak pięknie stworzony jest jej organizm, i... i nigdy ich nie wzięła!
Czy więc my kobiety nie zasługujemy (a niech tak trochę feministycznie zabrzmi o naszych prawach;-) na to, aby wiedzieć o sobie i o tym, co się nam proponuje (a czasem nie proponuje, tylko nachalnie w nas wrzuca)? Czy w XXI wieku, kiedy zdobyliśmy Kosmos, powietrze i docieramy do mini cząsteczek niewidzialnych gołym okiem, wiedza nie jest czymś "na topie"? Czy wiedza o nas samych może być przerażająca? Czy wiedza o wytworach człowieka nie jest czymś koniecznym, nawet gdy okazuje się być fatalnym wynalazkiem?
Ale nie ma co ograniczać wiedzy! Nie tylko my kobiety mamy prawo i nawet powinność poznawać siebie i opcje proponowane przez świat, aby wybrać co-naprawdę-dobre. Podobnie powinni czynić mężczyźni, szczególnie ci, którzy kochają swoje dziewczyny, narzeczone i żony.
I na koniec cudowny cytat, który bardzo przykuł moją uwagę. Tak dla refleksji, szczególnie dla tych, co to wciąż nie dowierzają...
To fragment tekstu "Prawda o antykoncepcji" dra Macieja Barczentewicza z czasopisma "Zbliżenia" (nr 3):
"...pyta, czy mógłbym jej przepisać tabletkę antykoncepcyjną. (...) przyjmuje już taką tabletkę, czy to w celach antykoncepcyjnych, czy dlatego że ma trądzik i problemy z samooceną i nie jest zadowolona ze swego wyglądu, czy też lekarz przepisał jej tabletkę antykoncepcyjną jako lekarstwo, bo albo nie miesiączkowała, albo miesiączkuje za często, krwawienia są zbyt bolesne lub za bardzo obfite. (...) W swojej praktyce lekarskiej zdarzyło mi się raz przepisać tabletkę antykoncepcyjną, i to zakonnicy. Przepisanie tabletki antykoncepcyjnej przez lekarza w celach leczniczych jest zupełnie niepotrzebne, gdyż tabletka ta nie jest lekiem. Tabletka antykoncepcyjna to preparat, który niczego nie leczy, ponieważ nie jest przeznaczony do leczenia. Wręcz przeciwnie, jest to preparat przeznaczony do tego, aby niszczyć zdrowie."
Niszczy zdrowie (płodność) a także niszczy życie (zdrowie kobiety i życie poczętego dziecka). Parafrazując internautę: "na co kobietom dziś ta wiedza?" No właśnie, czyż nie na Coś-Wielkiego i Ważnego?
Dlaczego KK nie dopuszcza antykoncepcji?
Dlaczego Kościół Katolicki nie dopuszcza antykoncepcji?
(z serii pytań młodych-zbuntowanych… i nie tylko!)
Antykoncepcja nie jest niczym nowym, historia przedstawia ludzi stosujących różne metody kontroli poczęć przez 4 tysiące lat. W starożytności połykano miksturę, powodującą czasową niepłodność; używano lnu, wełny i skóry zwierząt jako metod mechanicznych; odkażano macicę trucizną, aby nie dopuścić do rozwoju życia. Rzymianie praktykowali antykoncepcję, ale wcześni chrześcijanie stanęli przeciwko pogańskiej kulturze, ponieważ odmówili stosowania tychże metod.[1] Pismo Święte potępiało ten akt (Rdz 38,8-10) i tak też robiły wszystkie wyznania chrześcijańskie do 1930r.
Wtedy właśnie Kościół Anglikański zdecydował się dopuścić antykoncepcję w niektórych przypadkach. I już wkrótce załamał się w tej kwestii całkowicie, a za nim wszystkie wyznania protestanckie. Dziś tylko Kościół Katolicki stoi przy pierwotnym nauczaniu Chrześcijaństwa. Ale dlaczego? Dlaczego Kościół nie pójdzie z duchem czasów?
Współczesny świat ma problem ze zrozumieniem stanowiska Kościoła w kwestii antykoncepcji, ponieważ tenże świat nie rozumie ani istoty, ani celu seksu. Pisarz Frank Sheed powiedział, że „współczesny człowiek praktycznie nigdy nie myśli o seksie”. On śni o tym, pożąda, fantazjuje, może pożerać wzrokiem, ale nigdy nie zatrzymuje się, żeby o tym pomyśleć naprawdę. Sheed kontynuował w ten sposób: „Typowy współczesny człowiek, kiedy już zdarzy mu się w to wszystko włożyć głowę, myśli o seksie jako o czymś, co mamy szczęście mieć i wszystkie problemy sprowadza do jednego: jak wydobyć z niego jak największą przyjemność.”[2]
Ale powinniśmy więcej myśleć o jego istocie. Kto wymyślił seks? Czym on jest? Jaki jest jego cel? Jaka jest jego wartość? Na początek powiedzmy: Bóg wynalazł seks. Skoro więc jest jego pomysłodawcą, wie o nim dużo więcej niż my. Bóg ujawnił, że celami seksu są prokreacja i unia (potomstwo i spajanie), zatem akt seksualny może być pomyślany jako część przysięgi małżeńskiej. Jest to obietnica, że miłość będziesz wolna, wierna, całkowita i otwarta na życie. Każde zbliżenie małżeńskie powinno być odnowieniem tej przysięgi.
Niektóre pary mówią, że będą otwarte na życie, ale stosują antykoncepcję pomiędzy przychodzącymi na świat dziećmi. Innymi słowy, będą całkowicie otwarci na życie, z tym wyjątkiem, że ubezpłodnią swoje akty miłości. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby z tą samą mentalnością podchodzili do innych słów przysięgi. Czy żona może powiedzieć, że będzie wierna z wyjątkiem kilku przydarzających się romansów? Czy może powiedzieć, że będzie oddana mężowi tak długo, dokąd ten będzie bogaty? Czy mąż może powiedzieć, że akt seksualny jest wolny, kiedy zmusza do niego żonę? Wszystko to jest absurdem, ale pary stosujące antykoncepcję zaprzeczają swojej własnej przysiędze w podobny sposób, kiedy odmawiają otwarcia na Boży dar życia. Kiedy do tego dochodzi, mogą całkowicie zgubić znaczenie współżycia.
Ale seks to coś więcej niż przysięga ślubna stająca się ciałem. To także refleksja nad miłością dającą życie w Trójcy Świętej. Kardynał Carlo Martini powiedział, że „w Biblii damsko-męska para nie jest po prostu po to, aby dać przetrwanie gatunkowi, jak to jest u zwierząt. Ale jak to było powiedziane – aby stawać się bardziej na obraz i podobieństwo Boga, co wyraża się cieleśnie. To namacalna droga do oblicza Bożego, które jest Miłością.” [3] Boży plan dla nas, by kochać tak, jak on kocha, jest pieczęcią. I jest tylko jedno pytanie kiedy dochodzimy do moralności seksualnej: “Czy odzwierciedlam Bożą miłość w moim ciele?” Kiedy pary małżeńskie czynią tak, uczestniczą naprawdę w miłości trynitarnej, poprzez co odsłaniają światu miłość Boga.
Dający życie akt małżeński żony i męża jest także lustrem miłości, jaką Chrystus ma do swego Kościoła. Powinniśmy spytać samych siebie: „jeśli pomyślelibyśmy o relacji pomiędzy Chrystusem a Kościołem, gdzie do tego obrazu pasowałaby nam antykoncepcja? Co jest antykoncepcyjnego w miłości Jezusa?”
Poza teologicznymi implikacjami, warto pamiętać o konsekwencjach antykoncepcji w społeczeństwie. Kościół Katolicki ostrzega o niebezpieczeństwach, które ta niesie ze sobą, zagrażając relacjom.
Liczba małżeńskich niewierności może wzrosnąć, ponieważ małżonkowie mogą być niewierni bez obaw o ciążę. Odkąd antykoncepcja oferuje łatwą drogę ucieczki od praw moralnych, następuje generalne i powszechne obniżenie przyzwoitości. Kościół „obawia się, że mężczyzna zgadzający się na używanie środków antykoncepcyjnych, może w końcu stracić szacunek do kobiety i nie dbać o jej fizyczną i psychiczną równowagę, co może powodować sytuację sprowadzenia jej do zwykłego instrumentu, zaspokajającego jego egoistyczne żądze. Nie ma tu mowy o uznaniu jej za godną szacunku i ukochaną towarzyszkę.”[4]
Co więcej, jeśli ludzie mogą oddzielić dawanie miłości od dawania życia, to dlaczego akty, które nie dają życia (homoseksualizm i masturbacja) są napiętnowane? Wraz ze wzrostem użycia antykoncepcji, stajemy przed wzrastającą trudnością widzenia seksualności jako znaku Bożej miłości.
Niektórzy wzburzają się, że Kościół ogranicza wolność kobiet przez zabronienie im antykoncepcji. Jakkolwiek, kwaśny owoc antykoncepcyjnej „wolności” jest jasno widoczny nie w samym argumencie, ale w życiu tych, którzy akceptują takie fałszywe idee wolności. Popatrzmy na poniższe pytanie, przysłane przez młodą dziewczynę do Dear Abby: „Jestem 23-letnią liberalną kobietą, która bierze tabletki od 2 lat. To staje się bardzo kosztowne, więc ja i mój chłopak powinniśmy podzielić koszty, ale nie znam go na tyle dobrze, aby móc dyskutować z nim kwestie finansowe.”[5]
W słowach Christophera West: „jeśli prawdziwym powodem ucisku kobiet jest nietraktowanie ich przez mężczyzn jak pełnowartościowych osób, to antykoncepcja jest pewną drogą do trzymania kobiety w uwięzieniu.”[6] Wczesne feministki oponowały antykoncepcję właśnie z tego powodu i niektóre współczesne feministki rozumieją nadal, że antykoncepcja jest wrogiem wolności kobiet. [7]
Antropolodzy, studiujący pochodzenie i zniszczenie cywilizacji, zanotowali, że społeczeństwa, które nie kierowały swoich seksualnych sił ku dobru małżeństwa i rodziny, zaczynają sie rozpadać. [8]
Dlatego Kościół nie wahał się zaakcentować kolosalnych skutków antykoncepcji. Miłość pomiędzy mężem a żoną spaja małżeństwo. Mocne małżeństwo spaja rodzinę. Silne rodziny tworzą społeczeństwo i cywilizacja ostoi się albo upadnie właśnie przez nie. „Przyszłość ludzkości” według Kościoła „jest zależna od rodziny”.[9] Jeśli może być pokazane, że antykoncepcja naraża intymność między małżonkami, zapraszając egoizm do aktu małżeńskiego i otwierając drzwi dla większych niewierności, wtedy antykoncepcja jest rakiem dla samej cywilizacji.
Źródło: www.chastity.com
Tłum. Katarzyna Więcka
_________________________
[1] St. Augustine Marriage and Concupiscence 1:15:17 (A.D. 419), St. John Chrysostom Homilies on Romans 24 (A.D. 391), and others. (www.catholic.com/library/Contraception_and_Sterilization.asp).
[2] Frank Sheed, Society and Sanity (New York: Sheed and Ward, 1953), 107.
[3]. Cardinal Carlo Martini, On the Body (New York: Crossroad Publishing Co., 2000), 49.
[4]. Pope Paul VI, encyclical letter, Humanae Vitae 17 (Of Human Life), (Boston: Pauline Books & Media, 1997).
[5]. Abigail Van Buren, The Best of Dear Abby (New York: Andrews and McMeel, 1981), 242, as quoted in DeMarco, New Perspectives, 42.
[6]. West, Good News About Sex and Marriage, 122.
[7]. Donald DeMarco, "Contraception and the Trivialization of Sex" (www.cuf.org/july99a.htm).
[8]. Donald DeMarco, New Perspectives on Contraception (Dayton, Ohio: One More Soul, 1999), 89.
[9]. Pope John Paul II, apostolic exhortation, Familiaris Consortio 86 (The Role of the Christian Family in the Modern World), (Boston: Pauline Books & Media, 1981).
Okiem Weterynarza
Witajcie po małej przerwie (buźka z mrugnięciem prawym okiem - jeśli nie wiesz czemu nie używam buziek przeczytaj mój pierwszy wpis na blogu)!
Dzisiaj będzie kilka refleksji o weterynarzach, czystości, NPR i antykoncepcji.
Pierwsze PRIMO - o antykoncepcji
Płodność człowieka jest darem, czymś naturalnym, świadczy o zdrowym funkcjonowaniu organizmu. Antykoncepcja jest zaś czymś, co walczy z płodnością - z płodnością, która jest zdrowa. To tak jakbym założył gips na zdrową nogę, hmmm no cóż, jak ktoś lubi takie formy przyjemności...
NPR nie jest środkiem antykoncepcyjnym. Pomaga w odpowiedzialnym podejściu do Miłości i płodności. Proszę mi nie mówić, że sieje tu jakiś rodzaj propagandy czy kościelnej gadki o tym, jak zła jest antykoncepcja. Nie mówcie, że Kościół sieje dziwną propagandę, która ma pozbawić nas przyjemności.
Powiem tyle: Kościół chce, byście czerpali jak najwięcej z SEXu i że ma być przyjemnie. Ale trzeba umieć korzystać z tego daru.
Hipokryzją i propagandą jest skreślanie z góry NPR, statystyki, świadectwa ludzi mówią same za siebie, lepiej chyba upierać się na nich niż na reklamach w tv i wspaniałych gazetach pokroju Bravo czy Popcorn. Tak na marginesie: Ostatnio byłem z Kasią na spotkaniu z Dawn Eden. Polecam poczytać jej książkę: "Dreszcz czystości". Dawn nawróciła się jak miała ok. 30 lat. Wcześniej żyła na pełnych obrotach, używała ile wlezie, zaliczała, była zaliczana, bynajmniej nie do grzecznych dziewczynek. Dziś po swoim nawróceniu mówi o tym, czym jest czystość i jak może być piękna . Jedna ze studentek zapytała ją, czy nie lepiej jest przeżyć życie tak, jak ona, by samemu wyciągnąć wnioski. Dawn odpowiedziała, że oczywiście nie jest tak. Czy lekarz musi być chory na żółtaczkę, by wiedzieć jak się nią leczy? Oczywiście, że nie. Poza tym dodała, że ona straciła tą szansę, by wiedzieć czym jest dziewictwo przed ślubem.
Drugie PRIMO - o weterynarzach
Wiecie, że większość weterynarzy nie chce wypisywać hormonalnej antykoncepcji zwierzętom?
Wiedzą, jak destruktywnie wpływają na organizm takie leki. No, ale w dzisiejszym świecie nie ma najmniejszych problemów, by stosować antykoncepcję hormonalną. Zostawiam do refleksji.
Trzecie PRIMO - cała prawda o propagandzie
Antykoncepcja jest tak wspaniała, że większość inteligentnych ludzi wybiera ją pomimo tego, że badania, testy, sondaże mówią zupełnie coś innego.
Jak byliśmy na Kursie Przedmałżeńskim i padło słowo NPR to dało się słyszeć w tle hasła: "o Boże", "nie mogę tego słuchać".
Powiem tyle:
To się nazywa propaganda i hipokryzja. Siedzi ekipa, większość już ma za sobą swój pierwszy raz, niektóre panny mają nieco większy brzuszek.
Antykoncepcja jest prostsza, nie trzeba wysiłku, pełen luz. Reklamy są super!
A za antykoncepcją stoi super biznes, wielowymiarowy.
Tylko nie mówcie mi proszę, że jestem facetem i to nie ja muszę rodzić. Rzygać mi się chce, jak to słyszę (przepraszam za brutalność).
Zachęcam do szukania, warto!
Czwarte PRIMO - czystość nie-utracona
Warto dziś podjąć na nowo refleksję nad czystością. Chodzi mi o to, że warto dziś mówić o tym, że jeżeli już zdarzył się ten pierwszy (albo i następny) raz, zawsze można wejść na drogę czystości. Czystość nie jest tylko dla prawiczków i dziewic. Każdy może żyć w czystości. I jeszcze jedno. Czystość to nie jest wstrzemięźliwość. Ale o tym już w następnym wpisie..
Pozdrawiam!
Pigułka poronna RU-486
Wobec ostatnich działań Federacji na rzecz Kobiet i Planowania rodziny w kierunku dopuszczenia do sprzedaży w Polsce pigułki poronnej RU-486 warto zapoznać się z następującymi faktami:
1. Pigułka RU-486 jest środkiem poronnym. Nie zapobiega ciąży, lecz niszczy poczęte życie ludzkie. Tymczasem aborcja w Polsce jest nielegalna (poza szczególnymi przypadkami zapisanymi w ustawie z 7 stycznia 1993 r.). O niezgodności z Konstytucją RP rozszerzania warunków legalnej aborcji świadczy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 28 maja 1997 r.
2. Aborcja dokonana za pomocą pigułki RU-486 zabija dziecko do 63. dnia ciąży. Dziecku w tym etapie rozwoju bije juz serce, pracuje mózg. Pojawiają się pierwsze odruchy nerwowe, tworzą się mięśnie i szkielet. Na twarzy dziecka można rozróżnić oczy, uszy, nos i wargi.
3. Komplikacje zdrowotne po zażyciu pigułki RU-486 są częste. W literaturze medycznej opisane są przypadki z USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Francji wykrwawienia się na śmierć kobiety po zażyciu pigułki. W styczniu 2004 r. brytyjski minister zdrowia potwierdził dwa przypadki zgonów kobiet po zażyciu RU-486 (The Telegraph, 18.04.2004). 99% kobiet zgłasza niepożądane efekty, prawie wszystkie doznają bólu (Spitz 1998). Hospitalizacja, interwencja chirurgiczna oraz dożylne podawanie płynów były konieczne nawet w 8% przypadków (Spitz 1998). Według francuskich badań transfuzje krwi były konieczne w 2% przypadków. Zanotowano wymioty w 44% przypadków, biegunkę w 36% przypadków (El-Refaey 1995), bóle głowy (32%), zawroty głowy (12%), gorączkę i infekcje (4%), niepokój, bezsenność, anemię (2%). Krwawienie po zażyciu pigułki trwa średnio 9-16 dni, a w literaturze medycznej opisany jest przypadek nawet do 69 dni.
W znaczącej ilości przypadków (od 8% do 23% w przypadku aborcji między 57. a 63. dniem ciąży) aborcja za pomocą pigułki wczesnoporonnej jest nieskuteczna i kobieta poddaje się aborcji chirurgicznej (Larkin 1998).
Szacuje się, że ból psychiczny związany z poczuciem winy kobiety może być porównywalny w przypadku aborcji poprzez zażycie RU-486 do przypadku aborcji chirurgicznej. Kobieta sama zażywa pigułkę (odpowiedzialność w większym stopniu spoczywa na niej niż na lekarzu), poza tym kobieta ma kontakt ze zwłokami dziecka.
Widać więc, że wbrew opiniom rozpowszechnianym przez zwolenników RU-486, ta metoda aborcji nie jest prosta, szybka ani bezpieczna.
4. W wyniku nieskuteczności działania pigułki wczesnoporonnej dochodzi do urodzeń ciężko upośledzonych dzieci. Francuskie badania dostarczają dowodów na urodzenie przynamniej kilku dzieci poważnie uszkodzonych (Barnett 1996). Statystycznie kilka procent kobiet odchodzi od zamiaru aborcji po rozpoczęciu jej procedury (która trwa kilka dni), a ich dzieci są narażone na poważne deformacje ciała w związku z zażytymi juz dawkami środka poronnego.
5. Dostępność pigułki RU-486 zwiększa ilość aborcji nawet w krajach, gdzie aborcja chirurgiczna jest legalna. Dostępność pigułki RU-486 de facto zniechęca kobiety do systematycznej dbałości o planowanie rodziny, gdyż w razie zajścia w ciążę mogą po prostu zażyć tabletkę. Przykładem są tu Chiny, gdzie z pigułki tej rocznie korzysta aż 2 mln kobiet (Wojtasiński, 1999).
6. Propagowanie pigułki wczesnoporonnej w krajach Trzeciego świata (co dokonuje się m.in. w Afganistanie z ramienia Funduszu Ludnościowego ONZ) zasługuje na wyjątkowe potępienie, gdyż w krajach tych nie ma odpowiednio rozwiniętej infrastruktury medycznej i ryzyko poważnych powikłań zdrowotnych jest bardzo wysokie. Kobiety często cierpią na anemię, co zwiększa ryzyko komplikacji. Podobna sytuacja miała miejsce podczas konfliktu w Kosowie. Kobiety w Prisztinie określały wtedy działania Funduszu jako ludobójstwo (KAI, 2001).
7. Producent pigułki RU-486 jest kontynuatorem producenta cyklonu B, gazu, którym dokonywano ludobójstwa w obozach koncentracyjnych III Rzeszy. Producentem pigułki jest francuska firma Group Roussel-Uclaf, filia zachodnioniemieckiego giganta farmaceutycznego Hoechst. Hoechst pierwotnie nazywał się I. G. Farben, a nazwę zmienił po II wojnie światowej, by zapomniano o złej reputacji tej firmy (Clowes, 1997). Teraz spadkobiercy I. G. Farben zarabiają pieniądze na zabijaniu milionów nienarodzonych dzieci.
Oprac. Katarzyna Urban
Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka, Kraków
Dlaczego "nie" dla prezerwatywy?
Będzie kontrowersyjnie i trochę… A sami zobaczycie.
Mariusz kiedyś wymyślał hasła promujące NPR. Pierwsze i jego ulubione było: „Nie pal gumy”. Skojarzenia oczywiście nie trzeba bardziej przywoływać ani tłumaczyć. Ostatnio ktoś nas zapytał, dlaczego stosowanie prezerwatyw jest grzechem w małżeństwie. Faktycznie, większość odniesień jest skierowanych ogólnie do antykoncepcji a wiele argumentów wymierzanych jest przeciw środkom hormonalnym i poronnym. Jak jest z prezerwatywą? Odpowiedź nie jest łatwa, ale postaramy się przytoczyć trochę argumentów.
Po pierwsze, prezerwatywy nie są "skuteczne". Owszem, nie zawsze ich używanie kończy się poczęciem, ale są zawodne. Sytuacja osób polegających na takiej metodzie odkładania poczęcia jest bardzo podobna do każdej postawy antykoncepcyjnej. Co więc, jeżeli zawiedzie technika, producent itd.? Czy wtedy łatwo jest przyjąć dziecko, skoro zabezpieczenie było tak „zaplanowane” i uzgodnione. Niestety jest to problem "niezaplanowanego" poczęcia oraz ogromna możliwość pokusy nieprzyjęcia dziecka, co odbija się na ogromnej ilości kobiet biegnących po „wspaniałą tabletkę”, która na wszelki wypadek zapobiegnie wpadce (nasza koleżanka farmaceutka opowiadała nam takie przeróżne historie). Dla przeciwwagi NPR oparty na jasnych regułach wymaga rozumnego wyboru i zawsze „możliwość” poczęcia jest dobrze znana parze (a przynajmniej powinna być znana).
Odpowiedzialność wymaga więc pełnej świadomości swoich czynów.
Po drugie, co wiąże się też z pierwszym, używanie metod technicznych wzmaga strach właśnie przed ewentualnością, że coś się nie powiedzie. Szczególnie silnie odbija się to na kobiecej psychice, co wpływa na osłabienie więzi, na częste bariery psychiczne, a nawet… na oddaleniu cielesnym. Także sam akt seksualny nie przebiega naturalnie i „prezerwatywy robią strzępki z gry wstępnej;DDD i trzeba zaczynać od nowa …;)” (tak to ujęła jedna z przepytanych przez nas osób:-)
Po trzecie, stosowanie prezerwatyw to wspaniały biznes… Ile dni w cyklu (takim przeciętnym, a może wręcz idealnym 28-dniowym) ma szansę na poczęcie? Oczywiście, jest to bardzo różne, ale średnio z „zapasem” jest to 10dni. Co z 18 nie-płodnymi dniami?
Kolejnym argumentem jest po prostu natura aktu małżeńskiego oraz bliskość małżonków. I kolejne cytaty naszych respondentów: „Nie chcę się kochać z gumą, tylko z żoną.” „Nie wyobrażam też sobie stosunku bez czucia „tych miejsc” ciało do ciała tylko przez gumę, jakoś traci to urok.” Oczywiście, może oboje się na to godzimy? Jednak takie mechaniczne wspomaganie nie przypomina podmiotowego podejścia do ukochanej osoby. Niestety rysuje się tu hedonistyczny element potrzeby zaspokojenia.
A sama postawa niesie już szereg konsekwencji. Skoro dajemy sobie przyzwolenie na zbliżenia w każdym czasie, to przychodzi, mimowolnie znudzenie oraz nieumiejętność czekania. Co może mieć fatalne konsekwencje w czasie długiej rozłąki czy w okresach, kiedy ze względów zdrowotnych po prostu niemożna współżyć. A takie momenty nadchodzą w każdym związku. Jak wtedy poradzić sobie z napięciem, z pokusą?
NPR - temat dla biznesmenów
Swego czasu odwiedzili nas znajomi z dziećmi. Młoda rodzina: ojciec - dynamicznie rozwijający prywatną działalność, mama - w domu, przy dzieciach, tylko pozazdrościć. I dwoje wspaniałych dzieciaków.
Wybraliśmy się na długi spacer po lesie, aby pogadać po dłuższym niewidzeniu się. Z przyjemnością słuchałem z jaką energią i entuzjazmem Jurek opowiada o nowych wielkich możliwościach, jakie otworzył przed nim upadek komunizmu, o znaczących osiągnięciach i o dalekich planach. Dzieci poleciały na łąkę, a my, z wolna spacerując, że tak powiem, weszliśmy na poważny problem antykoncepcji.
- Kościół nie powinien wtrącać się do tych spraw - wypalił Jurek. - To są osobiste sprawy męża i żony. Przecież ksiądz nie może być kompetentny w tych sprawach.
Aha! Po nitce do kłębka... okazało się, że Krysia, za namową Jurka, stosuje "niewinną" spiralkę. Potem panie zaczęły rozmawiać o dzieciach. Zaraz też odciągnąłem Jurka na bok i powiedziałem, że mimo iż mamy taką samą liczbę dzieci jak oni, ani moja żona, ani ja, nigdy przez dwanaście lat małżeństwa nie zastosowaliśmy żadnych środków antykoncepcyjnych, ani sztucznych "polepszaczy" naszej miłości. Metody naturalnego rozpoznawania płodności dają nam wszystko, co potrzeba w "tych" sprawach, a na dodatek dobrowolna powściągliwość znakomicie nas zbliża ku sobie...
Jurek z niedowierzaniem przyjął moją opowieść. Wobec tego zapytałem go, czy wie, że według wszelkich naukowych badań, naturalne metody regulacji poczęć dają pełną możliwość planowania liczby dzieci, zarówno im, jak i... Panu Bogu? Czy ma świadomość ograniczenia roli Pana Boga w ich życiu, poprzez bezprawne (w świetle prawa Bożego) zawłaszczenie sfery tak ważnej w ich życiu, jak pożądanie, powściągliwość i płodność ich w małżeńskiej miłości? Czy ma świadomość, że takie postępowanie poniża nie tylko jego żonę, ale także jego samego? A to może mieć bezpośredni szkodliwy wpływ na całą ich rodzinę i całe życie? Czy wreszcie jest świadom degradacji swojej ukochanej żony do roli... kochanki na zawołanie?
Jurek, najpierw zaskoczony moimi pytaniami, nie bardzo zrozumiał. Ale mieliśmy sporo czasu i jako inteligentny człowiek, ufający moim dobrym intencjom, podjął dyskusję. Stopniowo zgodził się z wszystkimi argumentami. Na koniec obiecał, że przedyskutuje tę sprawę z żoną i podejmą odpowiednie kroki, że tak powiem, ku normalności. A ja w duchu bardzo cieszyłem się, że ten spacer jest aż tak udany.
Następny spacer, po kilku miesiącach, był już krótki, nerwowy, chyba też dzień był zimny. Jakoś podpytałem Jurka, jak tam "spirala jego małżeńskich spraw". Odburknął, że nic nowego, że jeszcze nie rozmawiał z żoną.
Dziś upływa bodaj dziesiąty rok od tamtych spacerów. Zagrożona rozpadem rodzina Krysi i Jurka jest w stanie ciągłego napięcia. Jurek jest napastliwym szefem dość dobrze prosperującej firmy, ale ma kłopoty z małżeńską wiernością. Jego żona jest młodą a już znerwicowaną kobietą i pomimo zamożności, dającej finansową pewność jutra szuka pomocy u psychoanalityka. Ich dzieciom coraz gorzej idzie w szkole a córce grozi powtarzanie klasy...
Czy to robota "spirali małżeńskich spraw"? A dlaczego nie? Czy to tylko "ta" spirala? Z pewnością - nie tylko!
Zastanawiam się, czy wypada w rozmowie z Jurkiem wracać do tamtych spacerów. Dobrze wiem, co odpowie: że ma tyle spraw na głowie, że nie ma czasu zastanawiać się nad takimi subtelnościami, za bardzo jest zajęty... Albo może nawet powie, żebym już nie zajmował się tymi sprawami...
Cóż mi pozostało? Chyba już tylko oddać sprawę do Wyższej Instancji... Gdzie już ręcznie nie poradzisz, tam modlitwa nie zawadzi!
„GŁOS DLA ŻYCIA” NR 1/2003