Praca za granicą a rodzina
Miłość w rodzinie jest zdecydowanie ważniejsza niż sytuacja materialna.
Kilka dni temu otrzymałem e-mail od zrozpaczonego mężczyzny z północno-wschodniej Polski. Mężczyzna ten pracował przez kilka lat w Irlandii. Dzięki temu kupił dla siebie, żony i dwóch córeczek mieszkanie w bloku. Rok temu wyjechał raz jeszcze. Tym razem po to, by zbudować własny, duży dom. Gdy wrócił na kilka dni wakacji, odkrył, że żona związała się z jakimś mężczyzną i że pozwoliła mu zamieszkać u siebie. Dwie małe córeczki mówią do tego pana: „tato”. Równie bolesna historia z przeciwległego krańca Polski. Pewien mąż i ojciec wyjechał ponad dziesięć lat temu do USA. Też miał zarobić na dom, który w Polsce za przysyłane przez niego pieniądze buduje żona. Miał być zagranicą najwyżej rok-dwa, a pozostaje tam do tej pory. Żona jest mu wierna, chociaż cierpi z powodu rozłąki. Jedyna córka przez wiele lat znosiła dzielnie tę sytuację. Załamała się w tym roku. Zabrakło jej obecności i wsparcia ojca. Nie ufa mężczyznom, gdyż boi się, że jeśli się z którymś z nich zwiąże, to może on w każdej chwili wyjechać za granicę i zniknąć z jej życia tak, jak to zrobił to jej tata.
Nawet dla ludzi samotnych, zwłaszcza młodych, pobyt za granicą wiąże się z większymi zagrożeniami niż wchodzenie w samodzielność we własnym kraju. Tym większym zagrożeniem jest wyjazd dla kogoś, kto opuszcza własną rodzinę. Warto mieć w tym względzie jasną hierarchię wartości i jasne priorytety. Nie ma sensu pracować za granicą po to, by poprawić sytuację materialną rodziny, jeśli dokonuje się to w taki sposób, że grozi to rozpadem tejże rodziny. Największymi ofiarami są wtedy dzieci. Powstał już nawet termin techniczny na określenie ich sytuacji: eurosieroty. Zdarza się, że nawet obydwoje rodzice wyjeżdżają za granicę, pozostawiając dzieci pod opieką krewnych czy starszego rodzeństwa. Takie dzieci nie czują się kochane. Nie mają domu rodzinnego. Trudno im będzie w przyszłości założyć własną rodzinę, nawet jeśli będą kiedyś bogate materialnie. Brakuje im pozytywnych wzorców życia rodzinnego. Nie ma w nich tęsknoty za rodziną, gdyż rodzina nie kojarzy się im z bliskością, czułością i radością bycia razem.
Jeśli już ktoś decyduje się na wyjazd za granicę, to najlepiej, gdyby wyjechał z całą rodziną. Wyjazd na zasadzie opuszczenia współmałżonka i dzieci powinien być brany pod uwagę wyłącznie w sytuacji skrajnej, w sytuacji głodu i żadnych szans na pracę w swoim środowisku. Nawet w takiej sytuacji powinien to być wyjazd na krótko – na dwa czy trzy miesiące. Później warto wrócić i ewentualnie znowu wyjechać na kilka miesięcy, regularnie odwiedzając w tym czasie bliskich. Tanie linie lotnicze mogą tu być pomocą. Im mniejsze są dzieci, tym wyjazd staje się bardziej problematyczny. I tym większe jest ryzyko, że ktoś z młodych małżonków – ten, który wyjechał, lub ten, który pozostał w kraju – zwiąże się z kimś innym. Im większa miłość łączy rodzinę, tym łatwiej znajdą oni takie rozwiązania trudności finansowych, które nie prowadzą do rozłąki i cierpienia.
Sygnały Troski nr 12/2010
Z kim do ołtarza?
Między drzwiami kościoła a ołtarzem…
Czerwony dywan, wzdłuż niego kaskada kwiatów, w tle dźwięki marsza weselnego, wszystkie spojrzenia zwrócone w moją stroną, ja w olśniewającej, białej sukni z powłóczystym trenem… Tylko kto obok mnie? Ojciec czy narzeczony? Z kim przebyć drogę między drzwiami kościoła a ołtarzem? No właśnie, takie pytanie zadaje sobie niejedna Panna Młoda. Możliwości są dwie i obydwie zostaną poddane analizie.
Wariant pierwszy – wejście z narzeczonym. Taki układ nobilitują aktualne polskie zwyczaje. Jest to pierwszy ważny moment przebiegu Mszy Świętej. Kapłan po ucałowaniu ołtarza podchodzi do Młodych, wita się z nimi i daje do ucałowania krzyż. Następnie Młodzi za kapłanem udają się w stronę ołtarza. Ta droga jest symbolem wkraczania w nowe, wspólne życie i kierowania go ku Chrystusowi. Tej swoistej procesji przewodzi kapłan, to on będzie przewodnikiem i pośrednikiem w duchowym wzrastaniu do miłości. Ważny w tej wspólnej drodze jest też fakt, że wejście do kościoła jest dość stresujące, a dzięki wsparciu przyszłego męża/żony można poczuć się pewniej.
Wariant drugi – ojciec prowadzi Pannę Młodą do ołtarza. Jeśli ktoś myśli, że to kolejna odsłona ekspansji kultury amerykańskiej, to się myli. Okazuje się, że taki zwyczaj istniał w Polsce jeszcze wcale nie tak dawno – był wyrazem hierarchizacji i patriarchalnego modelu społecznego. Ojciec, oddając córkę innemu mężczyźnie w obliczu Boga, jednocześnie przekazywał mu nad nią władzę i zobowiązywał do roztoczenia męskiej opieki. Dziś oczywiście symbolika ta przestała być czytelna, ponieważ zmieniły się podstawy funkcjonowania społeczeństwa. Został natomiast sam gest przekazania córki. Na taki układ decydują się na ogół Panny Młode mocno związane emocjonalnie z ojcem. Wtedy narzeczony czeka przy ołtarzu ze swoim świadkiem na wejście wybranki, po czym wspólnie zwracają się w stronę ołtarza. Zaletą takiego wyboru jest to, że absolutnie wszystkie spojrzenia w czasie wejścia są zwrócone w stronę Panny Młodej ;-)
Nowak czy Kowalska? Zmiana nazwiska po ślubie
Trzy miesiące do ślubu, przygotowania w toku. Narzeczeni udają się do Urzędu Stanu Cywilnego po konieczne zaświadczenia. Ona jeszcze nie przeczuwa, że czekają ją tam sceny dantejskie. Złożenie oświadczeń, podpisy, miła atmosfera, wreszcie pada pytanie: „Jakie nazwisko będzie Pani nosiła po ślubie?” Ona otwiera usta, żeby powiedzieć „Kowalska”, lecz On już woła: „Nowak! Moje - inaczej ślubu nie będzie!”
Kolejny scenariusz to ten, w którym On nie mówi nic, po czym Ona wraca następnego dnia i ze łzami w oczach prosi, żeby jednak zmienić na „Nowak”. Niestety bywa i tak, że oburzony i do głębi poruszony On po prostu bez słowa wybiega z Urzędu z głośnym trzaśnięciem drzwi, pozostawiając skonsternowanego urzędnika i zrozpaczoną narzeczoną. Drodzy Panowie, czy tak musi być?
Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa to ten, że kwestia nazwisk, jakie małżonkowie będą nosili po ślubie, powinna zostać omówiona bezwzględnie przed udaniem się do USC. Unikniemy w ten sposób niepotrzebnych nerwów i wstydu przed obcymi osobami. Zatłoczony korytarz, a tym bardziej pokój urzędnika to nie miejsce na takie dyskusje.
O ile w ogóle jest cokolwiek do ustalenia. Z prawa do wolności osobistej wynika, że mężczyzna i kobieta indywidualnie podejmują decyzję, jakie nazwisko będą nosić po ślubie. Każde z nich musi zadecydować samodzielnie. Natomiast wspólnie dokonują wyboru nazwiska dzieci, które zostaną zrodzone z małżeństwa. Warto nadmienić, że zgodnie z polskim prawem, przyjęte po ślubie nazwisko współmałżonka staje się odtąd „moim” nazwiskiem (nie: noszę nazwisko męża) i pozostaje takim również w przypadku rozwodu, chyba że strona złoży oświadczenie o powrocie do poprzedniego nazwiska. Mąż po rozwodzie nie ma wpływu na nazwisko byłej żony, i analogicznie.
Wśród wielu ustaleń i decyzji przedślubnych wybór nazwiska noszonego po zawarciu małżeństwa jest być może najtrudniejszy. Ponieważ oświadczenie podpisuje najpierw mężczyzna, następnie kobieta, kierownik USC pytanie o nazwisko noszone po ślubie w pierwszej kolejności kieruje właśnie do niego. Nie było chyba jeszcze mężczyzny, który z mniejszym lub większym poczuciem taktu nie wyraziłby zaskoczenia. W Polsce dylemat ten dotyczy prawie wyłącznie kobiet. Taką mamy tradycję, takie uwarunkowania kulturowe. Gdzieś głęboko w świadomości każdego z nas tkwi przeświadczenie: „Ona powinna przyjąć jego nazwisko”. Ale dlaczego powinna? Może należałoby zapytać: czy w ogóle powinna?
Wielowiekowe tradycje nie dają o sobie zapomnieć nawet współczesnemu człowiekowi. W Hiszpanii każdy obywatel nosi od urodzenia nazwisko dwuczłonowe, złożone z nazwisk ojca i matki. Po ślubie mąż pozostaje przy swoich nazwiskach, zaś żona do nazwiska swego ojca dołącza nazwisko ojca pana młodego. Przeciwnie we Włoszech, gdzie nikomu do głowy nie przyjdzie, żeby ktokolwiek zmieniał nazwisko po ślubie. W naszym kraju najczęściej mamy do czynienia z sytuacją, kiedy kobieta przyjmuje nazwisko męża. Na drugim miejscu plasuje się wybór nazwiska dwuczłonowego, powstającego poprzez dodanie do obecnie noszonego, nazwiska współmałżonka. Najrzadziej zdarza się, że pan młody przyjmuje nazwisko żony, bądź oboje pozostają przy własnych bez zmian.
Nasuwa się pytanie, czy przeważająca liczba kobiet, podejmująca decyzję o zmianie nazwiska, czyni to rzeczywiście z przekonania o tradycji i z własnej woli, czy też w sytuacji „bo nie mam innego wyjścia”?
Z męskiego punktu widzenia zazwyczaj w ogóle nie ma o czym mówić. Kobieta powinna przyjąć jego nazwisko, bezdyskusyjnie. O ile do tej pory w związku w każdej kwestii możliwy był dialog i porozumienie, nagle napotykamy opór, niewidzialny mur nie do przebicia. Co zrobić w tej sytuacji, kiedy wszystko się w nas buntuje? Kiedy już narzeczony krótko uciął dyskusję lub też trzasnął drzwiami, zanim zaczniemy go oceniać, zastanówmy się: dlaczego to zrobił?
Mężczyzna często nie zdaje sobie sprawy, jak trudną decyzją jest dla kobiety przyjęcie jego nazwiska. Uważa to za oczywistą, naturalną kolej rzeczy. Mimo wszystko, nawet jeśli w grę wchodzi argument „bo tak”, fakt ten ma dla niego bardzo głębokie znaczenie.
Po pierwsze, oznacza jeden z najistotniejszych aspektów małżeństwa, jakim jest jedność. „Idziemy do Nowaków, nie do Nowaka i Kowalskiej. Jesteśmy my. Ludzie widzą nas jako nierozerwalną całość.” Mężczyzna chce chronić swoją kobietę, wziąć ją pod swoje skrzydła. Przyjmując nazwisko męża, kobieta w pewien sposób staje się jego częścią. Można uznać to za jeden ze sposobów odzwierciedlenia następstw sakramentu małżeństwa.
Po drugie - kwestia przynależności, która – wyjaśniona w niewłaściwy sposób - czasem bardzo rani kobietę. Tu przypominają się słowa „(…) mój Miły jest mój, a ja jestem Jego” (Pnp 2,16). Jedno nazwisko pomaga nam lepiej się ze sobą utożsamiać, pełni rolę elementu rozpoznawczego. Mężczyzna – zdobywca wie, że ta kobieta rzeczywiście jest „jego”. Co więcej, ma świadomość, że widzą to także inni mężczyźni. Identyfikacja ma tu ogromne znaczenie.
Nazwisko to dla mężczyzny powód do dumy. Po prostu coś takiego w nim jest, co mówi mu, że ma je przekazać żonie, a później dzieciom. Instynkt przywódcy, przewodnika i opiekuna. Chęć pozostania przy nazwisku panieńskim odbiera jako odrzucenie. „Ona nie chce mojego nazwiska” znaczy „ona nie chce mnie, nie akceptuje mnie”.
Oczywiście najwznioślejsze nawet pobudki nie mogą być powodem unikania rozmowy i upartego trwania przy własnym stanowisku. Tupanie nóżkami pozostawiamy małym chłopcom, zaś mężczyzn prosimy, by zechcieli przede wszystkim odpowiedzieć swojej wybrance na pytanie, dlaczego chcą, aby przyjęła ich nazwisko. Następnie, by uważnie wysłuchali, co ona ma na ten temat do powiedzenia.
Co na to wszystko kobieta? Kobieta przede wszystkim czuje się zmuszana do podjęcia ważnej decyzji pod presją, a właściwie często nie ma żadnego wyboru. Co można czuć, gdy się słyszy „inaczej ślubu nie będzie”? Kiedy już opadną emocje, do mężczyzny zaczyna docierać, że to nie jest jej kaprys, widzimisię, ale autentyczne, bardzo trudne przeżycia. Przecież to ona od dnia ślubu już zawsze będzie Nowak, nie Kowalską. Imię i nazwisko współtworzą naszą tożsamość. Ona jest do nazwiska przywiązana, podpisuje się tak odkąd pamięta, i w ogóle wszystko.
„W ogóle wszystko” oznacza tu bliżej nieokreśloną masę uczuć, z której na pierwszy plan wyłania się konieczność zrezygnowania z fragmentu własnej tożsamości, jakim jest nazwisko. To wymaga trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do tej myśli, zaakceptować ją i wreszcie wprowadzić w życie. Wiele kobiet autentycznie chce przyjąć nazwisko męża, ale autorytarna postawa mężczyzny powoduje u nich zranienia i swego rodzaju zacięcie wewnętrzne.
Dawniej wiadomo było, że żona Nowaka na sto procent też jest Nowak. Wiadomo było również, że po ślubie Pan Nowak będzie zarabiał na utrzymanie, a Pani Nowak będzie zajmowała się domem i dziećmi. Małżeństwo automatycznie powodowało wejście w konkretne kanony ról społecznych. Obecnie zdecydowana większość kobiet podejmuje aktywność zawodową i naukową, z własnej woli i ambicji, lub też z powodu sytuacji materialnej rodziny. Być może chęć pozostania przy nazwisku panieńskim stanowi naturalną konsekwencję tych zjawisk? Współczesna kobieta tak samo jak mężczyzna pracuje na renomę swojego nazwiska. Na dyplomach i świadectwach jest Kowalską, publikuje pod tym nazwiskiem, jest znana i rozpoznawana w środowisku zawodowym. Przyjęcie nazwiska męża wprowadza tu spore zamieszanie, dlatego dobrym rozwiązaniem może okazać się stworzenie nazwiska dwuczłonowego.
W polskiej kulturze przedstawiamy się imieniem i nazwiskiem. Jest to pierwsze, czego dowiadują się o nas inni. Dlatego najprostszym kryterium podejmowania decyzji o nazwisku niech będzie: jak to razem zabrzmi? Nie każde imię można połączyć z każdym nazwiskiem, nie zawsze nazwisko dwuczłonowe zabrzmi dobrze. Nie warto także na siłę czynić zadość tradycji i przyjmować nazwisko współmałżonka, jeżeli jest ono obraźliwe lub kompromitujące. To okazja dla niego, aby zmienić je bez dodatkowych opłat w Urzędzie Stanu Cywilnego.
Podsumowując: drogie Panie, postarajmy się nie przyjmować od początku postawy obronnej, ale zrozumieć naszych narzeczonych. Panowie – pozwólcie samodzielnie podjąć tę ważną decyzję swoim narzeczonym, a może się okazać, że będziecie mile zaskoczeni!
_______________________________
Konsultacja merytoryczna:
Małgorzata Lachowicz – Skrzyńska, Kierownik USC w Piotrkowie Trybunalskim
Duże wesele kontra MAŁE PRZYJĘCIE
Żeby nie upierać się przy jednej wersji ani nie mówić, która z nich jest lepsza, przedstawię plusy opcji numer 2, którą sprawdziłam i gorąco, z serca polecam! Oczywiście najlepszym tego dowodem jest to, że kilka znajomych par wzorowało się na naszym pomyśle, co już jest komplementem samym w sobie.
Zatem propozycja jest taka: eleganckie przyjęcie na 50 osób w pięknym, eleganckim miejscu, a zaraz po nim - podróż poślubna, a po powrocie party dla najbliższych znajomych, również dla 50 osób, na przykład na statku...
W Krakowie istnieje wiele miejsc usytuowanych w samym sercu miasta, które swoim eleganckim wystrojem i klasą zachwycą każdego. Od zawsze wiedziałam, że będziemy mieć ślub w uroczym, barokowych Kościele Świętej Anny, tuż przy Plantach, dwie minutki od Rynku Głównego. Tam też ślub mieli dziadkowie i rodzice mojego męża. Wiedzieliśmy także, że byłoby nam miło przespacerować się przez płytę Rynku, w słońcu, z rodziną i gośćmi. Wybór miejsca okazał się łatwy, choć wahaliśmy się między „Hotelem Starym”, przy ulicy Szczepańskiej a „Hotelem pod Różą” na ulicy Floriańskiej. Hotel Stary zachwycił nas możliwością zorganizowania przyjęcia na dachu, pod wielkimi parasolami, do tego widok na Sukiennice i Kościół Mariacki... Ech… Ale jak pogoda nie dopisze?
Więc udaliśmy się do „Hotelu pod Różą”. Jest to najstarszy hotel w Krakowie, w którym od XVII w. zatrzymywali się najznamienitsi goście: car rosyjski Aleksander I, wielki książę Konstanty, poseł perski do Napoleona – Mohamed Riza, Franciszek Liszt czy Honoré de Balzac. Kiedy tylko weszliśmy, wiedzieliśmy, że TO JEST TO, o czym marzyliśmy! Fortepian, na którym zagra nasz znajomy, szklany dach, przez który widać gwiazdy, cudowne schody i piękna sala, która idealnie pomieści pięćdziesiąt osób. A i nasz pokój, elegancki, „antyczny”, ale z wanną z masażem:-) i z widokiem na Kościół Mariacki.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Słoneczny dzień, piękny ślub i Ave Maria śpiewane przez mezzosopranistkę z filharmonii, Elżbietę Towarnicką wzruszyły gości. Potem życzenia w cieniu wielkich kasztanów i spacer przez Rynek na Floriańską.
Jedzenie „Pod Różą”? Wyśmienite! Wiele razy dostaliśmy propozycję degustacji różnych pyszności po to, by było idealnie! Przyjęcie było eleganckie, pierwszy taniec romantyczny, gra na fortepianie i rozmowy - ujmujące. Wszystko działo się powoli, bez pośpiechu, było dopięte na ostatni guzik. Nie martwiałam się, że ktoś potknie się z zupą, że coś będzie za zimne, że ktoś nie wytrzyma... do tortu czy że muzyka nie ta, a ja zgrzana muszę latać i skakać. Na takim przyjęciu masz czas dla każdego, każdemu poświęcisz czas, aby z nim usiąść i porozmawiać. Wszystko dzieje się bez pośpiechu, na czym i nasz wygląd skorzysta. Od 15.00 do 22.00 - tyle trwał nasz obiad... :-)
A na drugi dzień zdjęcia w plenerze. Pełni sił, wypoczęci pojechaliśmy na pole golfowe, bo na zdjęciach chcieliśmy widzieć bezkres nieba, zieleń trawy i samych siebie.
A na trzeci dzień? Prawdziwy Honey Moon! Prawie pięciotygodniowy wyjazd, co polecam każdemu! Nawet jeśli nie ma trwać tyle, co przysłowiowy miesiąc miodowy, tylko parę dni, tydzień czy dwa - proszę KOCHANI, jeździe na drugi dzień, zaraz, szybko, nagle, by czuć tę radość i wyjątkowość wyjazdu zaraz PO-Ślubie, bo przecież to podróż PO-ślubna!!! Za trzy miesiące też będzie miło rzecz jasna, ale to już nie tak, jak wyjechać radosnym od razu!!
Kiedy wróciliśmy, czekała nas kolejna „impreza”, tym razem dla znajomych. Zorganizowaliśmy ją na statku przycumowanym na Wiśle, oglądaliśmy fotki z podróży, rozmawialiśmy i bawiliśmy się! POLECAM! Nawet teraz po trzech latach myślę, że mieliśmy genialny pomysł!
Plusy? Taniej o połowę od dużego wesela na 150 osób i tę drugą połowę mogliśmy wydać na wyjazd marzeń, by zobaczyć tak odległe, piękne miejsca, które na zawsze zostaną nam w sercu i w pamięci, i nikt nam nigdy tego nie odbierze. Kolejny atut? Możemy się pokazać w dwóch kreacjach;-) Dziewczyny!! W DWÓCH KREACJACH!! :-)
Zagraniczny chleb
Jakie niebezpieczeństwa czekają na małżonków na emigracji? Oto garstka przykładów z jedynie trzymiesięcznego pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie w emigranckich zakamarkach polskie rodziny przeżywają prawdziwe dramaty i nieraz ciche i niespodziewane procesy rozpadu.
- Nie spodziewaj się kokosów chłopcze. Ameryka z filmów jest w świecie emigranckim nieosiągalna – zaczął rozmowę na poważne życiowe tematy wujek, który odebrał mnie letnim popołudniem kilka lat temu z Newark Liberty International Airport – międzynarodowego portu lotniczego w stanie New Jersey. Trafiłem do tego finansowego raju, o którym krążą, bądź jeszcze do niedawna krążyły u nas legendy mówiące o szczęściu i samorealizacji. Legendy, jak wiadomo, są opowieściami fantastycznymi…
Mówi się, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. I jeżeli piekło jest jedną wielką samotnością, to w USA, Polacy przeżywają je permanentnie. Z jak najbardziej słusznych pobudek ludzie wyjeżdżają za ocean. U podstaw takich decyzji leżą, jak wynika z moich obserwacji, tylko i wyłącznie potrzeby finansowej niezależności, odkucia się, uszczęśliwienia siebie i bliskich za pomocą pieniądza. Za tymi dobrymi chęciami, już po kilku miesiącach, zaczyna pojawiać się w ludziach na emigracji wielka samotność. Najczęściej wyjeżdża jedno z małżonków i poczucie opuszczenia może wydawać się uzasadnione, ale dzieje się tak również, gdy na amerykański grunt trafiają oboje.
Znalazłem się w dość dobrym położeniu. W perspektywie były tylko trzy miesiące fizycznej pracy ot tak, by sobie młody student zarobił trochę grosza. Można by rzec – przygoda, dobra okazja, by zebrać kawałek doświadczenia życiowego z dala od domu. Z takiej perspektywy obserwowałem ludzi, którzy dawno zapuścili korzenie w Stanach, ale i takich, którzy wchodzili w tę rzeczywistość i powoli odkrywali pułapkę pozornego szczęścia w dalekiej Ameryce. Wielu dało się w nią złapać. Oczywiście nie jest tak, że nie da się go tam osiągnąć. Jeśli jednak główną motywacją jest pieniądz, życie rodzinne już jest narażone na poważną próbę, a małżeństwo na rozpad.
Zapuszczone korzenie
Wynajmowałem pokój w mieszkaniu, w którym od siedemnastu lat rezydował Władysław. To był jeden z tych, którym przemiana ustrojowa w Polsce nie była na rękę do tego stopnia, że musiał uciec aż do Stanów. Zarabiał duże pieniądze. Byłby w stanie żyć w USA naprawdę na poziomie. On jednak siedział w zapadłej dziurze, jaką na mapie stanu New Jersey jest emigrancka część Wallington. Jemu miało jedynie starczyć na wódkę i jedzenie. Resztę pieniędzy „pompował” do Polski. Zależało mu już tylko na dzieciach, które na dobrą sprawę były dorosłe i samodzielne. Z żoną rozmawiał jak z obcym człowiekiem. Jedyną nicią porozumienia były te comiesięczne sumy wpływające na konto. Tak samotnego człowieka nigdy wcześniej ani później nie spotkałem. Kiedy zapytałem go, dlaczego nie wróci do Polski, spojrzał na mnie z politowaniem. – Ja tu już zapuściłem korzenie. Nie da się mnie wyrwać. Żona? Synku, cała rzeczywistość mojego małżeństwa dla mnie już nie istnieje – powiedział. W miarę upływu czasu, drążąc temat i słuchając moich tęsknot za Polską (autentycznie tęskniłem od pierwszych dni niesamowicie za Ojczyzną), przyznał, że gdyby dostał w kraju 5 tysięcy miesięcznie, może i uratowałby małżeństwo.
Uzależnienie wszystkiego od pieniędzy – to pierwsze i podstawowe niebezpieczeństwo, które czyha na emigracji. Dla Władysława nie liczyło się tak naprawdę nic więcej. Siedemnaście lat jego przebywania w Stanach, by zapewnić byt rodzinie, było powolnym i sukcesywnym procesem rozkładu jego małżeństwa. Jego żonę znałem tylko z pobieżnych opowiadań, ale najwyraźniej i dla niego i dla niej skutecznym substytutem dla miłości małżeńskiej stały się dolary. Szanse na jakikolwiek ratunek były minimalne. W nim tliły się po kilku rozmowach wizje powrotu do Polski, ale był to słomiany zapał.
Ludzie potrafią przeżywać autentyczne dramaty i nie chcą z nich wychodzić. Wchodziło się do baru i słyszało do rusz o kolejnych podbojach dojrzałych mężczyzn po czterdziestce czy pięćdziesiątce. Ileż w tych historiach musi być małżeńskich dramatów. Byli i tacy, którzy całkowicie uciekali w alkohol. Tydzień pracy i tydzień picia. W Stanach tak się da. Ludzie, którzy powyjeżdżali z Polski za pieniędzmi, za lepszym życiem dla swoich rodzin, znaleźli na emigracji samotność, alkoholizm, marazm.
Cichy proces
Magda i Andrzej, którzy mieszkali parę przecznic ode mnie, wyjechali razem, mając już kilkumiesięczną córeczkę. Mieszkali przy przystanku, z którego odjeżdżałem do pracy. Gdy ich poznałem byli w Stanach od pięciu lat. On był dość szorstki. Komunikat: „jestem studentem, przyjechałem na parę miesięcy coś zarobić”, dla niego oznaczał: „jestem nic nie znaczącym chłopaczkiem, który zamiast studiować powinien wziąć się do ciężkiej roboty”. Z nią dało się zamienić więcej słów i na tematy inne niż praca. Pochodzili z Beskidu Żywieckiego. Górale na emigracji zawsze pracują bardzo ciężko. Są do tego przyzwyczajeni. Magda miała przeświadczenie, że Andrzej bez pracy byłby totalnie skarłowaciałym człowiekiem. Nie potrafiłby żyć. Wyjechali, wiadomo, po dostatek. Oboje byli bardzo szczęśliwi, że udało im się wyrwać z Polski. Mieli ogromny zapał do budowania wspólnej przyszłości na emigracji. On poszedł na budowę. Gdy ich córeczka mogła już pójść do przedszkola, Magda dostała pracę w polskim sklepie. – Na początku było dobrze. Ale teraz sam widzisz jak dużo się kłócimy. Już nawet tego nie ukrywamy – mówiła. Rzeczywiście potrafili toczyć ze sobą boje, nawet wychodząc z domu i nie przejmowali się spojrzeniami sąsiadów czy ludzi na przystanku. Zaszedł między nimi pewien proces, który jest typowy dla par na emigracji. Mogę to stwierdzić, bo obserwując współlokatorów mojego wujka, czy generalnie ludzi mieszkających w okolicy, nie dało się dostrzec uśmiechniętych, szczęśliwych małżeństw.
Pracodawcy za oceanem wiedzą, że z imigranta można wyciągać ostatnie siły. Nie zbuntuje się, jest w kropce. Jemu na pracy zależy najbardziej. Andrzej poszedł tą drogą i „robota” stała się dla niego tak ważna, że zapomniał o zaangażowaniu w życie rodzinne. Zarabiał na rodzinę, ale przestał z tą rodziną być. Było to widać gołym okiem. - Jest to mocno powtarzalny schemat. Znajome dziewczyny przeżywają to samo – mówiła Magda. Ciężko jej było poradzić sobie z córeczką, która widocznie czuła jak źle jest między rodzicami i była nieznośna. Andrzej nie interesował się tym. „Tyrał” po 10 godzin, przychodził i padał z nóg. Najważniejsze było to, że przynosił tygodniówkę. Kiedy Magda szła do pracy, w czasie gdy córka była w przedszkolu, miała nadzieję, że znajdzie tam jakiś azyl. Jednak i w tym przypadku działał schemat z pracodawcą, który potrafił obarczać dużą ilością obowiązków kogoś, kto jest imigrantem. – Czasem czułam, że patrzą krzywym okiem nawet na to, że idę do ubikacji. Wracam do domu i nie mam ochoty na nic. Tak się to toczy – mówiła. Stwierdziła też, że jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby jej do głowy, ze będzie z kimś rozmawiać na takie tematy. Nie wyobrażała sobie, że mogą doprowadzić swoje małżeństwo do takiego stanu. – Zawsze była w głowie myśl, że jakoś to będzie. To jest zgubne – tą konkluzją zakończyliśmy rozmowę tydzień przed moim odlotem do Polski. Później już tylko machnąłem im jadąc na lotnisko.
„Zdrada”
Do mieszkania wujka wpadła któregoś dnia, z hukiem drzwi, Lidka. Była to około 40-letnia opiekunka do dzieci w bogatej rodzinie. Dla współlokatora wujka – Jurka, była bratową. Wystarali się z mężem o zielone karty, ale jego mimo to nie ciągnęło do zarobkowania na obczyźnie. Ona, kobieta bardzo dynamiczna i nie lubiącą trwonić czasu, wyjechała na pół roku. Słyszałem opowieści, jakoby nie mogła usiedzieć na miejscu i ciągnęło ją w wielki świat, a rodzina była mniej ważna. Interpretowałem to sobie na swój sposób. Patrzyłem z boku i widziałem kobietę, której w emigranckich realiach powiodło się. Umiała angielski, była legalnie w USA, nie bała się wyzwań, ale też nie ukrywała, że przyjechała tylko na pół roku i ani chwili dłużej. Zarabiała większe pieniądze niż ci faceci, do których mieszkania właśnie wpadła jak poparzona. W nich widziałem raczej zazdrość niż umiejętność realnej oceny jej motywacji. Jej samej nie znałem zbyt dobrze. Okazja do rozmowy nadarzyła się po tym, gdy w trakcie tej niespodziewanej wizyty wykrzyczała całą swoją złość na szwagra. Dostała telefon od męża, który wyzwał ją od najgorszych, powiedział, że od swojego brata wie o jej licznych zdradach i złym prowadzeniu się. Mnie włosy stawały dęba, gdy słuchałem tego wszystkiego z ust kobiety, która wydawała mi się uczciwa i poukładana. Dopiero późniejsza rozmowa sporo mi wyjaśniła. Lidka zdobyła się na nią, będąc na skraju psychicznego wyczerpania i jednocześnie będąc w szoku po tym, czego przed chwilą doświadczyła. Rozmowa była jej potrzebna, a to, że akurat ze mną - w gruncie rzeczy obcym człowiekiem, wynikało chyba z ogromu tej potrzeby. Zresztą, jak sama powiedziała, nie miała w tym momencie nikogo. Czuła się sama jak palec. A ja po prostu słuchałem i byłem coraz bardziej zaskoczony, że ona nie boi się mówić o swoich, osobistych w końcu, przeżyciach.
Układając to wszystko w pewną chronologiczną całość, postaram się oddać niezwykłość tej sytuacji. Wyjechała w trosce o dzieci. Dwóch synów było dorosłych, ale nie ustatkowanych, jeden w gimnazjum. Chciała ich niezależności finansowej na starcie życiowym. Była dumna, że dostała porządną pracę i zarabiała dużo, choć musiała być do dyspozycji 24 godziny na dobę. Miała swój służbowy samochód, potrafiła poruszać się w „wielkim” amerykańskim świecie i przyznała, że widać było z jej perspektywy, iż szwagier, razem zresztą z moim wujkiem, strasznie jej zazdrościli. Miała jeszcze trzy miesiące do powrotu, gdy odebrała ten feralny telefon od męża. Dowiedziała się, że regularnie przyjeżdża co weekend do sąsiedniego Clifton i spotyka się z niejakim Markiem – kolegą Jurka i mojego wujka. Że robią „niewiadomo co”, że Jurek ma zdjęcia, że zawsze widzą tam jej samochód.
Jej wersja była nieco inna. – Owszem byłam u Marka w Clifton przez trzy ostatnie niedziele. Jurek mnie wyraźnie unikał. Przez telefon mówił żebym nie przyjeżdżała do nich, bo mają swoje sprawy, nie będzie ich. Różne rzeczy wymyślał. Ja zatem pozostawałam zupełnie sama w niedzielę. Szłam do polskiego Kościoła i za pierwszym razem napotkałam Marka. Znaliśmy się wcześniej przez Jurka. Od słowa do słowa zjedliśmy obiad, pogadaliśmy. Zleciał nam tak cały dzień. Następna niedziela – ze strony Jurka to samo, schemat się powtarzał. Co miałam zrobić? Doświadczyłam paru samotnych niedziel na emigracji i dla mnie był to dramat. Chciałam spotkać się, pogadać z kimkolwiek. Napatoczył się Marek. A Jurek dopowiedział sobie resztę – ta relacja wydawała się wiarygodna. W każdym razie pokazywała, że jest tu pewien rozdźwięk. Gdy Lidka ukazała mi szerszy kontekst tego wszystkiego, zacząłem naprawdę jej wierzyć. – Rodzina mojego męża nigdy nie darzyła mnie wielką sympatią. Nie raz dawano temu wyraz. Jurek nie był inny pod tym względem. Widocznie to, że mnie się powiodło w Stanach, wzbudziło w nim tak dużą zazdrość, że szukał choćby małego haka, by mnie zupełnie zdyskredytować w oczach męża. A mojego męża znam. Takim rewelacjom jest w stanie dać wiarę, bo od początku nie podobał mu się pomysł mojego wyjazdu - mówiła. – Weszłam na grząski grunt, nie zdając sobie sprawy, co robię. Oczywiście żadnych zdjęć czy dowodów zdrady nie ma, bo żadnej zdrady nie było, ale „smród” pozostanie – wiem to. Zresztą po tym, co dziś usłyszałam, nie wiem czy jest jeszcze co ratować, jeśli chodzi o nasze małżeństwo - przyznała.
Byłem w całej tej sytuacji intuicyjnie po stronie Lidki. Nie wyglądała na kobietę, która mogłaby zdradzić męża. Oczywiście powiedzą niektórzy, że samo niewinne spotykanie się z Markiem było swego rodzaju zdradą. Lidka sama przyznała, że był to jej błąd i że nie zdawała sobie sprawy z jakiejkolwiek szkodliwości swojego zachowania. Jednocześnie nie wiedziała, że ma wokół siebie aż tak nieżyczliwych ludzi i to z bliskiej rodziny. Na emigracji można łatwo zniszczyć swoje małżeństwo. Jest to bardzo cienki grunt i trzeba ostrożnie po nim stąpać. Ludzie czasem zupełnie nie spodziewają się z której strony może przyjść jakieś niebezpieczeństwo.
Lidka była dla mnie klasycznym przykładem bezmyślnego wyjazdu jednego z małżonków. Znowu pierwszy był pieniądz, a reszta emigranckiego życia miała streszczać się w słowach „jakoś się przeżyje”. Do tej pory nie wiem, czy „jakoś się przeżyło”, czy to małżeństwo zostało uratowane.
Po tych trzech miesiącach wyjechałem z niekłamaną ulgą. Siedziałem w samolocie z głową pełną innych przykładów, własnych obserwacji, wniosków. Na pewno przyda się to wszystko, gdybym sam musiał kiedyś wyjeżdżać, będąc w małżeństwie. Ten pobyt był zebraniem życiowego doświadczenia nie tylko od strony zarabiania, szanowania pieniądza, pewnej samotności z dala od domu. Mogłem poznać, choćby pobieżnie, życie ludzi będących w małżeństwie, których los rzucił z dala od swoich korzeni. Dzieją się tam dramaty. Niemal zawsze, gdy ktoś wyjeżdża, pokładając największą nadzieję w pieniądzach, które da się tam zarobić i odkłada na bok wszystko inne, jego życie rodzinne już stoi na straconej pozycji. Wiadomo, nie jest to domena tylko tych, którzy wyjeżdżają. Jednak na emigracji jest o wiele trudniej walczyć, a co za tym idzie, wygrywać.
(Imiona osób i nazwy miejscowości zostały zmienione)
Ja czysty, a ona...
Moja narzeczona spała z kilkoma facetami, ale teraz żyje w czystości, czekając z tym darem tylko dla męża. Naprawdę czekam na nasz ślub, ale jest to dla mnie trudny czas mierzenia się z tym, co działo się z nią wcześniej, ponieważ ja jeszcze z nikim nie byłem. Kocham ją, ale nie wiem, jak poradzić sobie z takim uczuciem.
Doskonale wiem, co czujesz, ponieważ sam byłem czysty aż do ślubu, ale moja żona – nie. Tak jak twoja narzeczona, moja żona przeszła wielką odmianę, ale ból poznania jej przeszłości był dla mnie bardzo silny.
Nawet teraz, mimo że wiem o przeszłości mojej ukochanej już od 3 lat, uczucie nie przeszło całkowicie. Mogę powiedzieć, że jest o wiele lepiej i coraz mniej o tym myślę, ale doskonale pamiętam dzień, kiedy mi to wyznała. Spotykałem się tylko z dziewicami i naprawdę nie wiedziałem, jak poradzić sobie z tym, że nie będę pierwszym dla mojej żony.
Była to przyczyna kilku stoczonych wewnętrznie walk. Po pierwsze przerażająca była sama myśl o niej z kimś obcym, kogo nigdy nie poznam. Byłem wtedy rozgoryczony wobec innych facetów i bałem się, że będę mieć pretensje też do niej. Było też wielkie rozczarowanie wobec tego, że tak długo czekałem, aby całkowicie komuś się oddać i chciałem, aby doświadczenie nocy poślubnej było także dla niej całkiem nowe. Jak wiesz, to naprawdę dużo do uniesienia dla jednego człowieka. Musiałem zaakceptować, że czysta miłość małżeńska będzie dla niej czymś całkiem pierwszym. Poza tym sam musiałem nieść i swój bagaż - uzależnienie od pornografii, kiedy byłem nastolatkiem.
Matka Teresa powiedziała, że aby miłość była prawdziwa, musi boleć. Musi nas ogołacać z samych siebie. Więc zachęcam Cię do patrzenia na krucyfiks, który jest największym znakiem miłości. Tylko dzięki niemu, Chrystus mógł dojść do radości zmartwychwstania. W ten sam sposób papież Jan Paweł II powiedział, jak dochodzi do relacji prawdziwej miłości: „Kochamy osobę całkowicie z jej cnotami i wadami, i niezależnie od tych zalet, i pomimo błędów. Siła miłości ujawnia się najjaśniej kiedy ukochana osoba upada, kiedy jej albo jego słabość, albo nawet grzech zostaje ujawniony. Ten, kto prawdziwie kocha, nie wycofuje się wtedy z miłości, ale kocha jeszcze mocniej, kocha całkowicie świadomie pomimo błędów i wad drugiego, bez pochwalania ich.”
Według mnie pokój przychodzi z akceptacją, czyli wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, że wybaczenie to nie uczucie, ale decyzja. Oczywiście, ból nie przechodzi w krótkim czasie. Różne myśli towarzyszą mi od lat. Ale zawsze, kiedy się pojawiają, zatrzymuje się i modlę o uzdrowienie oraz o nawrócenie facetów, z którymi ona była. Wiem, że kiedy uwalniamy całą moc bólu, by posłużyła odkupieniu, Bóg używa tego do wielkiego dobra.
Napisał do mnie kiedyś chłopak, który był w takiej samej sytuacji, dzieląc się ze mną swoim poczuciem bycia oszukanym. Doskonale rozumiem czemu tak się czuł. Jakkolwiek musimy pamiętać, że my nie zachowujemy czegoś ze względu na to, aby dostawać, ale aby dawać. Prawdziwa miłość oznacza dawanie bez oczekiwania odpłaty. Jeśli będziesz jej mężem, nie otrzymasz w darze jej dziewictwa. Ale otrzymasz coś więcej: dar z niej samej. Nierozsądne byłoby stracenie daru osoby ze względu na dar dziewictwa. Znam historię jednej pary, która była bliska zaręczenia się, ale ostatecznie zerwali, gdyż chłopak nie mógł zaakceptować przeszłości swojej dziewczyny. To było smutne, bo nie widział, że nie akceptując jej przeszłości, tracił piękną przyszłość.
W międzyczasie radzę Wam porozmawiać z dobrym księdzem lub doradcą życia rodzinnego, aby otrzymać dobre wprowadzenie w sakrament małżeństwa.
Tłum. Katarzyna Więcka
Tekst pochodzi z: www.chastity.com
Problemy z seksualnością
„Problemy z seksualnością” (wyd. eSPe 2011) to książka godna uwagi. Podtytuł jest cenną wskazówką dla zrozumienia celu tej publikacji, a brzmi on: „Odpowiedzi na dylematy młodych chrześcijan”. Książka została skomponowana w bardzo ciekawy sposób: każdy rozdział rozpoczyna się od listu młodego człowieka, w którym to opisuje on swoją autentyczną historię. Jest to wstęp do konkretnego pytania związanego ze sferą seksualną i nie tylko.
Autor "Problemów..." , ks. Marek Dziewiecki, doktor psychologii, wydał już wiele publikacji z zakresu przygotowania do małżeństwa i komunikacji małżeńskiej. Czytając jego książki, można przekonać się i silnie odczuć, że są one efektem nie tylko studiów, ale też jego wieloletniej pracy z ludźmi, towarzyszeniu im w ich rozterkach i pytaniach związanych z myśleniem o swoim powołaniu małżeńskim i sposobie jego realizacji. Autor jest rzetelny jako psycholog i jako duchowny. Nie unika odniesień do wiary, Kościoła, ale jednocześnie nie poprzestaje tylko na nich, poszerzając zakres odpowiedzi o własne obserwacje czy informacje z psychologii i socjologii.
Książka odpowiada na najbardziej nurtujące kwestie, z jakimi mierzą się młodzi ludzie. Autor nie unika trudnych pytań, ale bardzo szczegółowo odpowiada na wszystkie wątpliwości. Można zatem odnaleźć odpowiedzi na następujące zagadnienia: Nauczanie KK na temat seksualności, małżeństwa, rodziny; antykoncepcja, mieszkanie przed ślubem, czystość, współżycie pozamałżeńskie. Znajdziemy tam też rozdziały poświęcone orientacji seksualnej czy homoseksualizmowi.
Każdy rozdział stanowi swoistą całość, co pozwala czytelnikowi na swobodne wędrowanie po książce w poszukiwaniu odpowiedzi na własne pytania. Z jednej strony może być pomocną lekturą dla osób, które mają wątpliwości, a z drugiej strony jest skarbnicą wiedzy i argumentów, które stają się potrzebne w rozmowach z innymi.
Polecam bardzo!
Co Kościół na mieszkanie przed ślubem?
Dlaczego zamieszkanie razem nie jest dobrze przyjmowane przez Kościół?
Według Kodeksu Prawa Kanonicznego wspólne zamieszkanie wiąże się z pożyciem/współżyciem, które jest zarezerwowane dla małżonków. Tym właśnie charakteryzuje się małżeństwo, że opuszcza człowiek matkę i ojca i zamieszkuje z kobietą/żoną. Zatem w świetle prawa kanonicznego gdy dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna razem zamieszkują, korzystają z przywilejów małżeństwa. Małżeństwo jest powołane do prokreacji, a współżycie seksualne ma ku temu prowadzić (oczywiście ma też być wyrazem miłości dwojga ludzi).
Małżeństwo jest sakramentem tak jak i kapłaństwo. Jedno i drugie wymaga przygotowania. Mieszkanie razem czy to na próbę, czy po prostu jako kolejny etap związku można porównać do człowieka, który postanowił być kapłanem, ale bez przeżycia seminarium duchownego. Po prostu dla próby pojechałby na jakąś parafię, odprawił Mszę, pospowiadał trochę, itp. Brak przygotowania byłoby widać gołym okiem i do tego mógłby zdziałać więcej złego niż dobrego. Jeden i drugi sakrament wymaga konkretnego przygotowania, ma swoje reguły i zasady, które pomagają osiągnąć dany cel, a zarazem chronią.
Warto również sięgnąć do kultury żydowskiej, z której czerpie chrześcijaństwo. Co ciekawe, u Żydów po zaślubinach jest jeszcze rok, przez który zaślubieni mieszkają osobno, później mężczyzna zabiera swoją żonę do siebie.
Na granicy możliwego i niemożliwego
Czyli o przyjaźni damsko-męskiej
Przyjaciele - jedna dusza w dwóch ciałach
(Arystoteles)
Według jednych istnieje, według innych nie. Przyjaźń damsko-męska, bo o niej mowa, jest tematem kontrowersyjnym, co potwierdziły zebrane przeze mnie wypowiedzi. Zanim przejdę do sedna sprawy, chciałam zastanowić się, czym jest przyjaźń. Temat nie wydaje się nikomu obcy, chyba każdy z Was zastanawiał się, czym jest przyjaźń oraz kogo w swoim życiu może nazwać przyjacielem.
na dobry początek…
Stare przysłowie mówi, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Jest to rzecz jasna truizm, w pewien sposób obrazujący istotę przyjaźni. Na przyjaciela zawsze można liczyć, przede wszystkim kiedy grunt zaczyn nam usuwać się spod nóg. Właśnie wtedy mamy możliwość doświadczyć siły przyjaźni. Nie ważne czy jesteśmy szczęśliwi czy właśnie spotkała nas jakaś tragedia. On zawsze jest w pobliżu, gotowy, by nas wesprzeć niekoniecznie rozmową, czasem samą obecnością. Przyjaźń jest taką relacją, w której dobrze czujemy się z drugą osobą, czy to rozmawiając, czy to robiąc coś wspólnie czy milcząc.
Przed przyjacielem możemy się bez obawy otworzyć i wyjawić mu głęboko skrywane tajemnice i sekrety. Hanna Kowalewska bardzo trafnie to ujmuje słowami: „Chcę, by mój świat był twoim, a twój moim. Na tym polega przyjaźń.”. Im więcej czasu poznajemy kogoś, tym bardziej jego świat, sposób myślenia staje się nam bliższy, co nie znaczy, że musimy się z nim we wszystkim zgadzać. Wiemy, jak pocieszyć, kiedy przyjaciel płacze i w jaki sposób wywołać uśmiech na jego twarzy.
Przyjaźń zakłada powolne i długotrwałe budowanie więzi. Efektem włożonego wysiłku jest „oswojenie” człowieka, „zdobycie” przyjaciela. Trzeba też pamiętać, że „pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”[1], dlatego przyjaciela nie można zostawić, kiedy nas potrzebuje, ponieważ jesteśmy za niego odpowiedzialni. Decydując się na przyjaźń, podejmujemy decyzję bycia dla drugiej osoby pomimo zmienności losu. Pragnieniem, które dominuje w czasie trudu budowania relacji, jest troska o bliską osobę, pragnienie jej szczęścia. Czy zatem przyjaźń nie ma w sobie czegoś z miłości?
po stronie możliwego
Znaczna część wypowiadających się osób twierdzi, że jest ona możliwa, podając przy tym od razu konkretne warunki dotyczące „stanu cywilnego” tych przyjaciół.
W pierwszej możliwości obie osoby są wolne. Przyjaźń jest oczywiście możliwa, ale istnieje niebezpieczeństwo, że jedna ze stron zaangażuje się bardziej, szczególnie wtedy, kiedy ma dość bycia singlem i zapragnie być w związku. Możliwy jest oczywiście przypadek, gdy przyjaciele nie pragną niczego więcej od tej relacji. Inną odmianą tej sytuacji jest przypadek, kiedy obie osoby są wolne, ale mają za sobą próbę bycia razem i świadomość, że kolejna może się nie udać. Z takiego związku pozostała przyjaźń, w której dobrze się czują i która obojgu odpowiada.
Kolejnym przypadkiem jest sytuacja, kiedy jedna osoba jest w związku, a druga jest wolna. Przyjaźń jest wtedy oczywiście możliwa, ale trzeba również uważać, aby przyjaciel nie zajął miejsca ukochanego/ukochanej. Warto też, aby obie osoby zostały sobie przedstawione, może to pomóc uniknąć nieporozumień.
A co jeśli dwie osoby są w związkach? Nie wyklucza to możliwości spotykania się z przyjacielem, który jest w związku, jak również spotykania się w czwórkę jako dwie zaprzyjaźnione pary. Choć pewnie kiedy jest się już w małżeństwie, ma się dom i dzieci, mniej jest czasu na przyjaźń. Jednak przyjaciele nie muszą się przecież widzieć codziennie.
Na koniec jeszcze jedna sytuacja, gdy On jest Księdzem. Myślę, że dotyczy to często młodych dziewczyn ze wspólnot, które prowadzi młody, charyzmatyczny kapłan. Księża generalnie są dobrymi słuchaczami, znajdującymi sporo czasu na indywidualną rozmowę. Jednak cały czas trzeba mieć na uwadze i w pamięci stan duchowny przyjaciela, gdyż tutaj nie ma mowy o czymś więcej niż przyjaźń. Ta przyjaźń jest na pewno szczególna, Ksiądz często zmienia parafię i miasto, a po drugie posługuje całej parafii i wspólnocie Kościoła.
Jakie „korzyści” płyną z takiej przyjaźni? Ponieważ przyjaźnią się osoby dwojga płci, pozwala ona przede wszystkim, zrozumieć tok myślenia kobiety/mężczyzny. „Normalną rzeczą w przyjaźni jest dzielenie się z przyjacielem swoimi myślami, opiniami, pragnieniami, obawami. Słowem – wszystkim, co nam po głowie chodzi. Mnie, z perspektywy mężczyzny, przyjaźń damsko męska umożliwia po części zrozumienie Was (choć całkowicie nie da się kobiet zrozumieć). Wszystkie damsko – męskie relacje, które się w moim życiu pojawiły, uświadomiły mi, jak różnie możemy postrzegać to samo.”[2]
Warto zaznaczyć, że przyjaźń damsko – męska nie tylko pozwala nam odkryć i zrozumieć świat kobiet/mężczyzn, ale również może nam uświadomić, czym jest lub powinna być męskość/kobiecość, jakim/ą jestem mężczyzną/kobietą. Czasem takie zderzenie „dwóch światów” pozwala zrozumieć, dlaczego moje zachowanie jest takie denerwujące dla płci przeciwnej w moim otoczeniu.
po stronie niemożliwego
Stosunkowo niewiele osób uważa, że relacja przyjaźni między kobietą a mężczyzną jest niemożliwa[3]. Jedyną i najważniejszą kwestią, jaką poruszały, jest przekonanie, że jedna z osób będzie chciała czegoś więcej. Owe „czegoś więcej” jest bardzo zagadkowym stwierdzeniem.
Tak jak wspomniałam na początku: przyjaźń jest pokrewieństwem dusz. Dlatego też może się zdarzyć, że bliskie sobie osoby postanowią zostać parą. Oczywiście dobrze jest, kiedy miłość opiera się na przyjaźni. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy tylko jedna osoba chciałaby się zaangażować bardziej. Zaistniała sytuacja staje się trudna, co potwierdza przytoczona wypowiedź. „Dalsza przyjaźń jest odbierana przez np. chłopaka albo jako próba uwodzenia, rozkochania dziewczyny, albo jako quasi związek. Jeżeli dziewczyna nie jest w stanie odwzajemnić uczucia, lepiej jest przyjaźń zakończyć, bo po pierwsze chłopak się męczy, po drugie przez zazdrość o uczucia dziewczyny do innego mężczyzny i frustrację - taka przyjaźń jest niszczona i nie funkcjonuje tak jak powinna. ”[4]
Czy istnieje możliwość pozostania przyjaciółmi, pomimo tego, że choć jedna osoba chciała tego „więcej”, ale nie zostaliśmy parą? To z pewnością bardzo trudne, aby osobę, co do której mieliśmy nadzieję, że stanie się naszym chłopakiem/dziewczyną, traktować tylko jak przyjaciela i porzucić nadzieję, że stan ten ulegnie zmianie. Jedno jest pewne: granica między przyjaźnią a pragnieniem bliskości jest cienka i bardzo indywidualna.
Nie wiem czy ten artykuł rozwiał wątpliwości któregoś z Was - czytelnicy, być może rzucił trochę światła, pokazał różne sposoby postrzegania tego problemu. Życzę, abyście nie bali się zaryzykować zaprzyjaźnienia się, obojętnie czy będzie to osoba tej samej płci czy przeciwnej.
Dziękuję wszystkim, którzy podzielili się
ze mną swoimi spostrzeżeniami
odnośnie przyjaźni damsko-męskiej.
Chciałam podziękować przyjaciółce,
która wytrwale czyta moje teksty,
poprawia i dzieli się ze mną swoimi spostrzeżeniami.
[1] De Saint-Exupéry Antoine, Mały Książę, rozdział XXI.
[2] Jedna z wypowiedzi.
[3] Po zliczeniu otrzymanych wypowiedzi na facebooku i gg wynika, że 6/29 osób twierdzi, że przyjaźń damsko-męska jest niemożliwa.
[4] Jedna z wypowiedzi.
Kiedy myśl o rozstaniu pojawia się coraz częściej...
Chodzimy ze sobą tygodnie, miesiące, jesteśmy zakochani, szczęśliwi, zapatrzeni w siebie... Czasem przychodzi jednak moment, gdy coś się zaczyna „nie układać”. Może zaczynamy się częściej kłócić albo wręcz przeciwnie, oddalamy się od siebie, coraz mniej rozmawiamy, rzadziej spotykamy.
Oczywiście sposób przeżywania takiej sytuacji zależy od naszego temperamentu, osobowości, płci i wieku, jednak wiele osób może wtedy rozważać, czy bycie z daną osobą nadal ma sens, także jeśli poważnie myśleliśmy o wspólnej przyszłości, czy może lepiej się rozstać. (Czasem, dla własnego dobra, lepiej podjąć tę trudną decyzję szybko i stanowczo, tym bardziej jeśli czujemy się w jakikolwiek sposób nieszanowani czy wręcz wykorzystywani i dotyczy to zarówno dziewcząt, jak i chłopców. Jednak tutaj chcę się skupić na bardziej neutralnych sytuacjach.)
Towarzyszy nam wtedy dużo emocji, czasem bardzo sprzecznych, wahamy się czy nasza decyzja jest dobra, czy nie będziemy jej za chwilę żałować. Dlatego warto wszystko na spokojnie przemyśleć, przemodlić, może poradzić się jakiejś zaufanej osoby, ale pamiętając o tym, że ostateczna decyzja musi należeć tylko do nas, bo to my poniesiemy jej konsekwencje. Nie polecam pochopnego załatwiania sprawy, a już tym bardziej ulegania pokusie bawienia się uczuciami i urządzania scen rodem z filmów – ośmieszania i dyskredytowania do niedawna kochanej osoby np. na szkolnym korytarzu podczas długiej przerwy, ale także przestrzegam przed chowaniem głowy w piasek i liczeniem na to, że wszystko samo się rozwiąże i wystarczy unikać spotkania, aby obie strony uznały relację za zakończoną.
Ile dać sobie czasu na rozważenie sytuacji? To też oczywiście sprawa bardzo indywidualna, jednak w przypadku dziewcząt mam taką obserwację, że z racji cyklicznych zmian zachodzących w ciele każdej kobiety, zmienia się też sposób postrzegania i reagowania na wszystkie ważne i mniej ważne wydarzenia w jej życiu. Dlatego, drogie panie, miejcie do siebie cierpliwość i przyjrzyjcie się swoim emocjom związanym z rozstawaniem minimum przez miesiąc. Może być tak, że zauważycie, że wasza decyzja odejścia od chłopaka jest przez pewien czas bardzo stanowcza, ale po paru dniach zaczynacie widzieć waszą relację w cieplejszych barwach, chcecie jej dać kolejną szansę, by znów za kilka dni mieć wszystkiego serdecznie dosyć i chcieć zakończyć całą sprawę najlepiej nie przebierając w słowach.
Tym, co może pomóc w rozeznaniu, o co nam tak naprawdę chodzi, co nam się zaczęło nie podobać w tej drugiej osobie, jest napisanie sobie wszystkiego, co nam przychodzi na myśl i to nie tylko tych negatywnych rzeczy, ale też wszystkich cech, które nas na początku tak zachwyciły.
Taki „bilans” jest bardzo pomocny wtedy, kiedy już czeka nas ta trudna rozmowa (zawsze najlepiej jeśli jest to rozmowa), bo wtedy możemy zdobyć się na zobaczenie naszej relacji w bardziej obiektywny sposób i nawet powiedzieć o dobrych cechach, które ma ta druga osoba. Ważne jest to, żeby nawet w obliczu rozstania okazać drugiej osobie szacunek, choć może to być bardzo trudne. Oczywiście, trzeba starać się mówić o swoich uczuciach, emocjach, używać komunikatów „ja”: „czuję się...”, „było mi przykro, kiedy...”, „zdenerwowało mnie...” itp. Takie postawienie sprawy może pozwolić też tej drugiej osobie zobaczyć i wyrazić jak ona się czuje, co jej nie tylko w naszej relacji, ale i w nas nie odpowiada... Prawda bywa trudna do przyjęcia, jednak tylko ona ma moc oczyszczania i wyzwalania, dlatego nie bójmy się mówić o tym, co naprawdę przeżywamy. (Przestrzegam jedynie przed uciekaniem się do szantażu emocjonalnego, taka gra nigdy nie wyjdzie na dobre, bo jest po prostu zmuszaniem drugiej osoby do robienia czegoś, czego nie chce, a relacja oblubieńcza musi opierać się na dobrowolności.)
Pamiętajmy też o tym, że nie zawsze jest tak, że obie osoby zauważą w relacji na tyle poważne różnice czy trudności, że równocześnie postanowią się rozstać, pewnie częściej dochodzi do sytuacji, w której jedna z osób wyjdzie z taką inicjatywą i ta druga może nie być przygotowana na definitywne rozstanie. Czy wtedy trzeba spotkać się jeszcze raz i znów to wszystko przeżywać? Tutaj nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W jednym przypadku możemy narazić się na niepotrzebne i raniące przeciąganie całej sprawy, w drugim przypadku pozwolenie tej nieprzekonanej osobie na przemyślenie wszystkiego i ustosunkowanie się do tego może oczyścić atmosferę, tym bardziej, jeśli nie możemy dosłownie rozejść się w dwie różne strony, bo jesteśmy z jednej szkoły, osiedla, czy pracujemy w tej samej firmie.
Już o tym wspomniałam, ale na koniec chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na to, że wbrew pozorom nie jest obojętne gdzie będziemy się rozstawać. Oczywiście nie chodzi o to, żeby zapraszać dawną ukochaną do drogiej restauracji, nie zawsze jest też stosowne umawiać się w waszym ulubionym miejscu. Dobrze jednak zwrócić uwagę na to, żeby było to spotkanie w cztery oczy. W tej trudnej chwili warto oszczędzić drugiej osobie zaintrygowanych spojrzeń mimowolnych świadków takiej rozmowy, a już tym bardziej rodziny, której zawsze łatwiej o emocjonalny osąd całej sprawy. A przecież nigdy nie możemy być pewni, że z osobą z którą teraz nam się nie ułożyło nie zbudujemy jednak za jakiś czas szczęśliwego małżeństwa...