Fragment artykułu "Niewolnica antykoncepcji" Bogny Białeckiej, który ukazał się w miesięczniku "W drodze" (nr 9/2008) Polecamy przeczytanie całości!
Antykoncepcja, choć teoretycznie wymyślona po to, by uchronić kobietę przed nieplanowaną ciążą i przed lękiem z nią związanym, w rezultacie ten lęk nasila, powodując uzależnienie, a czasami prowadząc do fobii i ataków paniki.
„Prawa seksualne i reprodukcyjne” to dziwoląg językowy; za jego pomocą wmawia się ludziom, że mają prawo do promiskuityzmu i unikania jego konsekwencji: ciąży, chorób wenerycznych, AIDS, niepłodności itp. Osoby, które w to uwierzą, z jednej strony czują presję, bo przecież „normalny człowiek uprawia seks często i dużo” (...)
Postanowiłam sięgnąć do źródeł – to znaczy autentycznych i szczerych wypowiedzi kobiet stosujących antykoncepcję, tak by nie musieć uciekać się do artykułów sponsorowanych przez producentów „pigułki”. Za jedno z miejsc, w których mogłabym znaleźć takie wypowiedzi, uznałam strony i fora (...)
„Miałam aborcję, bo nas zawiodła antykoncepcja. Teraz się pilnuję. Mam spiralę, ale na wszelki wypadek zawsze po seksie biorę też pigułkę dnia następnego.”(…)
„Miałam pierwszą aborcję w wieku 16 lat. […] Po tym doświadczeniu brałam swoją pigułkę z nabożnością wręcz religijną. Nie zażywałam żadnych innych leków (np. antybiotyków), które mogłyby wpłynąć negatywnie na jej skuteczność. I znowu zaszłam w ciążę, mając 19 lat. OK, takie rzeczy się zdarzają. Druga aborcja. Znowu na pigułce (tym razem o wiele silniejszej formule), ZAWSZE z prezerwatywą, jestem w ciąży – lat 21.” (…)
„Po porodzie poszłam na badanie do lekarza prowadzącego moją ciążę. Patrzę, a on mi wypisuje receptę. Przestraszyłam się, że coś jest nie tak, i zapytałam, co to za leki. A on na to: »Jak to co, pigułki antykoncepcyjne«. Gdy powiedziałam, że stosujemy metody naturalne, wybuchł: »Czy pani zgłupiała? Jak może pani być tak nieodpowiedzialna, chce pani od razu zajść w ciążę? To niebezpieczne dla zdrowia i pani, i płodu!«. Gdy się upierałam, że recepty nie wezmę, skwitował: »Zobaczy pani, za miesiąc będzie mnie pani błagać o te pigułki«”.
Opowieść koleżanki zwróciła mi uwagę na problem lekarzy ginekologów. Wielu z nich nic nie wie o naturalnych metodach planowania rodziny lub sprzeciwia się im ze względów ideologicznych i nakłania pacjentki do stosowania antykoncepcji.(...)
„Nie wdając się w szczegóły: pierwsze zastrzeżenie (do pigułki) to przeróżne skutki uboczne. Nawet jeśli nie są same w sobie zbyt dotkliwe i nie wpływają na ogólne funkcjonowanie organizmu, to jednak skutecznie potrafią obrzydzić życie! Mój ulubiony przykład: pigułka (więc można zawsze…) plus środki przeciwgrzybiczne, plus żel nawilżający (bez którego po paru miesiącach pigułki ani rusz) = nie da się prawie nigdy. To jakaś paranoja! Od męża wymaga to naprawdę o wiele większego samozaparcia niż kilkudniowe przerwy przy metodach naturalnych. A do tego jeszcze ginekolog, który twierdzi, że przy pigułce tak musi być, choćby nie wiem jaka była nowoczesna. […] Teraz mogę też w pełni docenić to, że jestem sobą, nie jestem »hormonalnie modyfikowana«, wszystkie dolegliwości, które miałam wcześniej, przeszły, jak ręką odjął. Kiedy, biorąc tabletki, skarżyłam się mojemu ginekologowi na obniżenie libido, stwierdził lekko, że owszem, tabletki mogą to powodować, ale główną przyczyną jest z pewnością spowszednienie naszego związku. (Dobrze mieć taką gotową odpowiedź na wszystko). »Spowszednienie« przeszło, jak ręką odjął, kiedy odstawiłam tabletki!” („Fundamenty Rodziny” 1999/28). (...)











